Żona nadal idealna

Tytułem wstępu jak zwykle się wymądrzę. To mój blog, więc mam prawo, zresztą blogi służą do tego, żeby rozpisywać się o tym, jaki to człowiek och wspaniały i mądry przeraźliwie, a ja przynajmniej nie niuansuję i nie udaję, że w ogóle nie o to chodzi.

Zacznijmy więc od definicji – czym jest kryzys wieku średniego? Ano jest to taki dzień, kiedy człowiek budzi się rano, ma czterdzieści lat (lub z kawałkiem), ostatni w miarę niezły fan zdarzył się jakoś na studiach, część życiowej energii pożarła rodzina, część pracodawca, a reszta rozeszła się po ludziach i upierdliwościach dnia codziennego, a w Polsce bywa z tym ciężko. Jak to ujął zespół Strachy na lachy „żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w chuja. Za moją kasę”.

Jeśli się człowiek obudzi, ma 40 lat (lub z kawałkiem), refleksje jak wyżej, a mąż, jak się okazuje, bzyka prostytutkę, to się robi oczywiście gorzej. Taki właśnie kejs legł u podwalin jednego z najlepszych amerykańskich seriali telewizyjnych ostatnich lat, a w swoim targecie (40-tek, przekonanych, że nic już się im w życiu fajnego nie przydarzy) imo bezkonkurencyjnego.


Z kondycją The Good Wife, w Polsce znanej pod tytułem Zona idealna, bywa różnie i sama czasem narzekam, ale nawet jeśli zniżkuje to i tak wypada znacznie lepiej niż większość. A przypominam, że mamy w końcu już czwarty sezon, więc się robi trochę pod górkę. W sezonową przerwę weszliśmy cliffhangerem, więc z tym większym napięciem czekałam, co dalej.

Odcinek okazał się tak dobry, że w zasadzie mógłby bez wstydu robić za otwarcie nowego sezonu, a nie tylko drugiej połowy.
Jak ktoś nie lubi spojlerów to nie czytać!


Po pierwsze scenarzyści przypomnieli sobie, że Will i Aliszja czują do siebie miętę i postanowili odświeżyć ten wątek za pomocą czterosekundowego pocałunku. Wypadł niestety tak nieprzekonująco, że ciężko zrozumieć burzliwą reakcję Aliszji. No wyszło jak wyszło, ale w końcu nie ma o co drzeć szat, to nie siódma klasa. W każdym razie Aliszja się tak strasznie przejęła do głębi na wskroś zawirowaniami osobistymi, że jakoś zupełnie nie miała głowy do służbowych i w rezultacie,  niejako mimochodem, sprawnie podłożyła świnię współpracownikowi.

Po drugie odcinek wreszcie przyniósł rozwiązanie kwestii mitycznego długu kancelarii, co mnie osobiście trochę martwi, bo strasznie polubiłam Haydena, a grający go Nathan Lane był jak zwykle uroczy.

A po trzecie i imo najważniejsze, moja idolka ruda Elizabeth wreszcie dostała kogoś godnego do pary. Zawsze miło, jak Kylie McLachlan wpada na plan serialu, a w swojej krótkiej (mam nadzieję, że ciąg dalszy nastąpi) etiudzie sprawiał wrażenie jakby chciał odreagować niewdzięczną rolę, jaka przypadła mu w „Zdesperowanych”. Dialog tej dwójki, a zwłaszcza mimikę mogłabym słuchać i oglądać przez cały odcinek i może nawet nie tylko jeden.

Reasumując, oczekiwania mi poszybowały jak stado spłoszonych wróbli i mam szczerą nadzieję, że odpowiedzialni za scenariusz państwo Kingowie oraz Ridley Scott przypilnują się nawzajem i będzie tylko lepiej.  Ostatecznie, jeśli się troszkę postarają to mamy szansę na serial idealny, trzymający poziom przez wszystkie sezony, ile by ich nie było. Do tej pory udało się imo tylko „Przyjaciołom”