Z czego się śmiejecie? czyli „Drogówka”

Przez pierwsze pół godziny zabawa w kinie po prostu na sto fajerek. Strasznie to wszystko śmieszne – policjanci chętnie rzucający grubszym słowem oraz prowadzący w zaciszu azjatyckiego barku dysputy na temat długości penisa w Ugandzie, zatrzymani kierowcy zaczynający od  jakże popularnego w Polsce zagajenia „pan nie ma pojęcia, kim jestem” lub chwiejąc  się na nogach odliczający stosowną ich zdaniem sumę i polska katoliczka na pielgrzymce do Częstochowy, z majtkami wprawdzie w okolicach kolan, za to z pieśnią religijną na ustach. Ubaw po pachy. Nikołaj Gogol miał na taką okoliczność zasadnicze pytanie: „z czego się śmiejecie?” oraz gotową odpowiedź.

No więc wszystko pięknie, gag gagiem pogania, z tym że po półgodzinie przyszło mi do głowy, że jeśli takie mają być całe 2 godziny to może lepiej było obejrzeć jakieś „Ani mru mru” czy coś w ten deseń, chociaż trochę mniej klną. Pamiętam pewien film, składający się z kawałów modnych podówczas na mieście, Ciacho mianowicie i raczej trudno mi było uznać go za udany. No ale Smarzowski to nie Vega i oczekiwania są trochę inne.

Paweł Felis w swojej recenzji pisze o Warszawie „opływającej wódą, krwią i spermą” i rzeczywiście  miasto nie wypada zbyt fotogenicznie, Rzym czy Paryż Woody’ego Allena to raczej nie jest. Chociaż trzeba przyznać, że czas też nie był specjalnie sprzyjający – pół miasta rozkopane pod drugą nitkę metra. Od czasu do czasu jakiś nieoczekiwany kadr pokazuje jednak klimatyczną uliczkę gdzieś koło Nowogrodzkiej, Plac Konstytucji, przepiękny budynek szpitala praskiego i  pozwala nabrać nadziei, że jednak nie jest aż tak chujowo.

Codzienność bohaterów rozgrywa się jednak w scenerii mocno przaśnej, w ruderach i slamsach z wykopami pod metro w tle, a centralnym punktem fabuły jest obskurna azjatycka jadłodajnia i powyklejana gołymi babami policyjna szatnia.

 

Wojciech Smarzowski (w czołówce wymieniony jako Wojtek, ale to mi przez palce nie przejdzie, bo mam już powyżej uszu tych 30-paro lub pod 50-tkę Kaś, Małgosiek, Darków i Wojtków, weźcie się ludzie ogarnijcie, 18-tka już dawno minęła) uchodzi za najbardziej przenikliwego obecnie diagnostę współczesności, krojącego pacjenta z zasady bez znieczulenia, ani nawet bez refundowanej przez NFZ  narkozy typu „aaa, kotki dwa”.  I pewnie nim właśnie jest, co udowodnił choćby kultowym Weselem. Drogówka jest filmem o tyle niejednoznacznym, że ma boleć, ale jednocześnie przyciągnąć do kin tłumy. Oba cele zostały osiągnięte. Dawno nie widziałam tylu widzów na polskim filmie. Jednak ukłon w stonę komercji wydaje mi się zbyt niski i czołobitny. Pomijając już wypełniony gagami wstęp to nawet później, gdy robi się poważnie, ciągle coś wyskakuje. „Jebłem ci to jebłem, nie drąż” – radzi konkubent lump konkubinie lumpicy, dopalając filtr od fajka nad setką wódki. Samochód, w którym dziwka robi laskę policjantowi, hamuje gwałtownie w grupie przechodzących przez pasy zakonnic, co kończy się niewesoło dla jednego z pasażerów, a neonazista z wątłym wąsem, który miał być w zamierzeniu sarmacki, otrzymuje od losu konfudującą niespodziankę.  Te sceny mogłyby zniknąć ze scenariusza bez szkody dla fabuły. Są, bo reżyser uznał, że czas rozładować atmosferę,  ludzie, skoro kupili bilety to muszą się przecież pośmiać, a bohaterowie, którzy się w życiu zagubili, otrzymać adekwatną do przewin nauczkę i tu już trochę powiewa czwartą częścią „Dziadów”.

Pierwszy cel, czyli boleść i refleksja także są obecne, jednakże jak na Smarzowskiego imo w wersji soft. Porównując np.  z Domem złym, który moim zdaniem był gwałtem na psychice widza i naprawdę długo trzeba było po nim stać pod prysznicem, a i tak się wszystkiego nie zmyło. Jednak z internetowych dyskusji wnioskując, film zabolał przede wszystkim narodowych  prawicowców, którzy uważają go za przekłamany obraz rzeczywistości, nakręcony prawdopodobnie za pieniądze wrażego mocarstwa, a już na pewno sponsorowanego przez żydów i masonów. I prawdopodobnie Lukaszenkę i wszystkich, którzy zdradzili nas w Jałcie, Poczdamie oraz rzecz jasna o świcie.  Ja akurat tego kompleksu niższości i poczucia zdrady narodowej jakoś nie podzielam, może także dlatego, że zdarzyło mi się widzieć sporo filmów zagranicznych, przedstawiających rzeczywistość bynajmniej nie bardziej bajkową niż nasza, choćby obejrzana onegdaj Whisky dla aniołów http://www.ewok.com.pl/2012/10/obejrzalam-cos-fajnego/

Wspomniałam, przez zaprzeczenie, że Warszawa Smarzowskiego to nie Rzym Allena. Jednak Smarzowski powoli wyrasta na Allena kraju nadwiślańskiego, wystarczy spojrzeć na obsadę.  Do Allena gwiazdy pchają się drzwiami i oknami, zdecydowane grać za minimalna stawkę zarządzoną przez związek zawodowy  aktorów.  U Smarzowskiego polskie gwiazdy biorą jakikolwiek epizod, byle tylko zaakcentować różnicę pomiędzy sobą a nazwiskami kundlącymi się w dziełach typu Kac Wawa. Oprócz  nieodzownych Dziędziela i Jakubika mamy Jacka Braciaka, Marcina Doricińskiego, młodego Stuhra, Izabelę Kunę, Agatę Kuleszę, Adama Woronowicza i oczywiście Bartłomieja Topę.

Czy warto? No, jak w mordę strzelił, warto.  Mimo wszystko.