Studium w fiolecie

No więc wczoraj włączyła mi się opcja stachanówki, posłyszałam skądyś daleki zew Stasi Bozowskiej, z głębi gruźliczych płuc wydarty i postanowiłam zrobić coś dla domu i rodziny, MIMO że nic się nie spierdoliło. Czyli w ogóle wbrew zwyczajowym procedurom, polegającym na tym, że jak się spierdoli to najpierw długo wypieram ten fakt, potem czekam, a nuż się samo naprawi, potem wypieram, że się jednak nie naprawiło, w międzyczasie ucząc się żyć z tym spierdolonym i tłumacząc sobie, że na tym właśnie polega minimalizm, w sumie trochę to trwa. Procedurę ściągnęłam od facetów, czasem naprawdę trafiają im się dobre pomysły.

Kompletnie zaskoczona własną heroiczną postawą, pojechałam do Ikei, celem podciągnięcia się w dziedzinie fioletoróżu. Jakoś mnie wzięło na ten kolor, w sumie przypadkiem, bo zaczęło się od niezobowiązującego paska na narzucie i tak się rozprzestrzeniło, nie wiedzieć czemu. Mam tylko lekkie obawy co do starego, bo pamiętam z „Przystanku Alaska” jak Shelly  urządziła Hollingowi łazienkę w dosadnym różu i  musiał się tułać po sąsiadach.  Na szczęście mój nie odróżnia różowego od pomarańczowego, więc plan jest taki, że idę w zaparte.

Niestety na parkingu przed domem wytworzyła się sytuacja patowa, gdyż zrozumiałam, że zakupy, które dotąd same jechały, dalej już nichuja nie pojadą. Zawsze zdaję sobie z tego sprawę, gdy jest za późno.  W rezultacie ta cholerna Stasia załatwiła mnie na amen, bo mi ciągle mamrotała w głowie – a jeszcze pościel zmień, a to, a tamto, no i jak mnie zgięło to już się nie wyprostowałam.

I tylko modliłam się, coby się w nocy nie wyślizgnąć z tej mojej nowej satynowej pościeli i nie skończyć jak z kocyka.

Za to zwierzęta bardzo polubiły nową kolorystykę.

 

 

A ty tu czego?   – zapytał kot

 

Oj, weś mi daj spokój