Piękne lata 70-te

Na temat ich urody nad naszym rodzinnym stołem toczą się z reguły burzliwe dyskusje. Nasi Rodzice z rozrzewnieniem wspominają tamte czasy, a stary i ja dostajemy piany, mamrocząc gniewnie o fałszywej świadomości, niewolniczym systemie, upodleniu człowieka i syndromie sztokhlomskim. Wtedy przeważnie Teść nie wytrzymuje i podsumowuje nas krótko: prawda, prawda i to też prawda, ale my wtedy byliśmy młodzi i mieliśmy życie przed sobą.

Cóż, pewnie coś w tym jest, że ludzie idealizują czasy swojej młodości. Sama z rozczuleniem obejrzałam komedię Juliusza Machulskiego „Ile waży koń trojański”. Rzeczywiście stajlówa końca lat 80-tych pozostawia co nieco do życzenia, a już na pewno nie potrafiliśmy się uczesać, niektórym po licznych eksperymentach fryzjerskich nigdy już nie udało się odzyskać włosów, ale z drugiej strony kino Moskwa jeszcze działało, a ze stratą Supersamu na Puławskiej dotąd jakoś nie mogę się pogodzić.

Filmowcom także zdarza się popaść w nostalgiczny nastrój, o czym świadczy choćby „Operacja Argo” Bena Afflecka. Przełom lat 70-tych i 80-tych pamiętam raczej mgliście, jednak akurat  sprawa zakładników przetrzymywanych ponad rok w ambasadzie amerykańskiej w Teheranie  jakoś przedostała się do mojej świadomości. Film akurat nie jest o nich, w każdym razie nie nie jest to główny wątek, lecz o szóstce pracowników ambasady, którym udało się wydostać z budynku i znaleźć nie do końca bezpieczny azyl w domu ambasadora Kanady.

Affleck pieczołowicie i wręcz nawet można zaryzykować, z miłością, odtwarza realia tamtych lat. To swoją drogą zastanawiające, z jakim poświęceniem ludzie się wówczas oszpecali. Pal licho ubrania, ale te fryzury, okulary i wąsy!

 

Jakoś tak się złożyło, że cały dzień spędziłam w takich klimatach, bo wcześniej obejrzałam, z 36-letnim poślizgiem obraz „ABBA The Movie”, licząc od daty produkcji.  Też jest na co popatrzeć.

 

Do Polski film dotarł oczywiście z opóźnieniem. Wiem, że paru kolegów ze szkoły obejrzało go kilkakrotnie, głównie dla Agnethy. Moja Babcia miała oryginalnego longplaya Abby, pięknie wydany, zagraniczny, z rozkładówką w środku. Na zdjęciu formatu 2 razy A4 zespół siedzi w limuzynie, panie w wieczorowych sukniach i futrzanych etolach i popija szampana. Godzinami wgapiałam się w to zdjęcie. To był zupełnie inny świat, tak odległy od siermiężnej peerelowskiej codzienności, jakby istniał w innej galaktyce. Gwiazdy były wówczas bogami, bo  żadnej nie przyszło do głowy, by wrzucić na fejsbuka swoje zdjęcie bez makijażu i zrobionych włosów. Wsiadając do samolotu nie trzeba było przechodzić przez wykrywacze metalu, a na pokładzie dawali darmowe jedzenie, przeważnie lepsze niż dostępne na ziemi, przynajmniej w Polsce i wykwintne trunki ile chcieć. Ludzie jedynie mgliście przeczuwali, że na papierosy można umrzeć, a noszenie naturalnego futra to zbrodnia. Top modelki zarabiały miliony za przejście po wybiegu i nikt nie przypuszczał, że za chwilę będzie Enron, samoloty uderzą w WTC, każdy z nas będzie uwiązany do pracodawcy smyczą w postaci wi-fi i telefonu komórkowego i całe to beztroskie życie szlag trafi.

Dlaczego nie zatrzymaliśmy się w tamtym momencie?