Czterech psychopatów

Czterech psychopatów

Bardzo modne ostatnio stało się reklamowanie filmów, których pies z kulawą nogą by nie obejrzał, gdyby dystrybutorzy nie próbowali ich sprzedać pod hasłem „bracia Cohen po polsku” czy „norweski Tarantino”. To zresztą wieczny kłopot niszowych (czyli spoza Hollywood) artystów. Nikt nie może być sobą, każdy musi być odpowiednikiem. Smarzowski którymś z Cohenów, a najlepiej obydwoma, Figura – polską Marylin Monroe, a Więckiewicz  – polskim Seanem Pennem. Najwyraźniej czasy, w których Wajdę ceniło się za to, że jest Wajdą, bezpowrotnie odeszły w przeszłość. Tym milej, jeśli okazuje się, że nie jest to tylko polski problem. Norwegom udało się przemycić „swojego Tarantino” praktycznie na cały świat.   Skoro jesteśmy już przy tym temacie, to mieli o tyle łatwiej, że mogli podeprzeć się nazwiskiem Joe Nesbo, który opisał całą historię. Moim osobistym zdaniem nie jest to żaden powód do dumy, bo po przeczytaniu…

Holy Motors – z miłości do kina

Holy Motors - z miłości do kina

Tytułem wstępu muszę zahaczyć o kwestie językowo – poznawcze. Co to jest postmodernizm, nie bardzo wypada pytać, bo to oznacza niestety wiochę. Bardzo ogólnie mówiąc, jest to intertekstualność, czyli obecność w jednym tworze wielu innych, żywcem lub w formie odniesienia, serio lub prześmiewczo, ale dobrze, żeby były dobrane od czapy. W skrócie  – jeśli coś jest niepokojące, kolorowe, pociągające estetycznie i nie wiadomo, o co chodzi, to jest postmodernistyczne. Filmów o miłości do kina powstało całkiem sporo. Są między nimi obrazy o konwencjonalnie poprowadzonej narracji, co wcale nie musi być wadą, np. Cinema Paradiso, średnio odjechane jak Wywiad Felliniego, a także całkiem surrealistyczne jak Mullholland Drive Davida Lyncha. Mimo że recenzenci doszukują się raczej podobieństw do Felliniego, mi osobiście Holy Motors pod względem estetycznym i zawiłości symboliki przypomina bardziej Lyncha. Film francuskiego reżysera Leosa Caraxa, uznany za objawienie minionego festiwalu…