„Wąsy” w Och-teatrze

Sztuka Teatru Montownia wystawiana w warszawskim Och-teatrze opiera się na założeniu, że wąsy to nie zarost tylko osobowość. Ja bym dodała, że również kawał polskiej historii. Dla Podkomorzego podkręcenie wąsa było drugą pod względem ważności  czynnością przygotowawczą do poloneza, tuż po zarzuceniu wylotów kontusza, ale jeszcze przed podaniem ręki damie. Wołodyjowski w chwilach szczególnego napięcia, zachowywał wprawdzie pokerową twarz, jednak wewnętrzne wzburzenie dało się poznać po drganiu wąsa. A kiedy Adam Małysz rozpędzał się do skoku to najpierw jechały wąsy, a potem reszta człowieka.
Jeszcze do niedawna polskiego turystę za granicą można było rozpoznać po wąsach i sandałach założonych na sportowe skarpety. Wąsy rzecz jasna nie były wyłącznie polską specjalnością. Klaudyna w książce Colette rozpoznaje swojego męża w tłumie po czubku wąsa. W historii literatury zapisał się także starannie wypomadowany wąs Herkulesa Poirot oraz wąsy Georgesa Duroya, znanego jako Bel Ami. W rzeczy samej brak takiego owłosienia na twarzy Roberta Pattinsona, kreującego tę postać w najnowszej ekranizacji, wywołał zrozumiałe oburzenie magazynu Vanity Fair. Jeśli zaś chodzi o nasze rodzime podwórko to hedlajnem ubiegłego tygodnia było zniknięcie pierwszych wąsów Rzeczpospolitej, czyli tych przynależnych do prezydenta Bronisława Komorowskiego. Zostały zgolone, co niektóre środowiska przyjęły jako znak, że Polska zrywa z sarmacką przeszłością i dołącza do cywilizowanego świata. Przy debacie o związkach partnerskich okazało się jednak, że nie całkiem.

Różnica polega na tym, że zachodnioeuropejskie wąsy były salonowe, zaś polskie – plenerowe.

Spektakl Wąsy nawiązuje właśnie do tej sarmackiej historii. Czwórka prawdziwych, czyli wąsatych macho odprawia odwieczny rytuał polowania i ognia. Wprawdzie ogień jest wykrzesany w grillu za pomocą wysokospecjalistycznej podpałki, a zwierzyna pochodzi z hurtowni, jednak rytuał jest samczy, bo jak wiadomo, grillowanie to w Polsce męska sprawa i kobiety bywają do niego dopuszczane rzadko, a bodaj wcale. Zjeść gotową karkówkę owszem, mogą. Ale dotknąć rusztu albo, co nie daj Boże, któregoś z profesjonalnych przyrządów do obracania mięsa – wykluczone. Wtedy zapewne mięso stałoby się nieczyste, a cały grill objęty klątwą.

Każdy z czwórki bohaterów reprezentuje inne środowisko. Jest emerytowany GI Joe, tylko w polskiej wersji, jest naukowiec, sfrustrowany tym, że ilością publikacji nie dorównuje teściowi, a także cwany właściciel hurtowni oraz młody reżyser reklam, którego określa fakt, że przynależy do pokolenia no-more-tearsów, które nigdy nie używało szamponu szczypiącego w oczy. Dzielące ich różnice bledną jednakże w obliczu odwiecznego rytuału ognia, obficie zakrapianego wódeczką, zapijaną piwem.

W tym samym czasie ich żony urządzają parten gardy na podwórku. Trzymają się blisko domu, jak na kobiety przystało. Wszystkie te role grają ci sami aktorzy, ani na chwilę nie rozstając się z wąsami.

To, że sztuka została napisana przez mężczyznę, czuje się nawet nie zaglądając do programu. Męski wątek jest poprowadzony pewną ręką, obfituje w celne spostrzeżenia i widać, że autor dokładnie zna temat. Wątek kobiecy rozjeżdża się dość często i nie jest tak zabawny. Nie chodzi nawet o karykaturalne i stereotypowe przedstawienie postaci, bo to samo daje się zaobserwować w wątku męskim, więc pod tym względem jest sprawiedliwie. Moim zdaniem autor nie do końca czuje klimat damskich spotkań i dlatego nie potrafi wychwycić humorystycznych aspektów, których na takich spotkaniach jest mnóstwo, może nawet więcej niż na męskich.  To zresztą, uważam, bolączka twórców płci męskiej, którzy porywają się na takie tematy. Saramonowiczowi Lejdis też imo nie do końca wyszły. Jak się pozbyć cellulitu wypadło lepiej, ale, jak czytałam, było podparte tekstami źródłowymi w postaci dyskusji internetowych. Chociaż też zawiera mnóstwo nieścisłości, które kobieta natychmiast wyłapie (np. główna bohaterka, ta ruda znaczy, popala trawkę,  pije na umór i narkotyzuje się wędzonymi skórkami od bananów, a w międzyczasie deklaruje, że karmi dziecko piersią).

No ale wracając. Wszystko byłoby cacy, nawet ten niedociągnięty wątek damski byłabym w stanie przeboleć, gdyby nie to, że pod koniec autorowi brakuje pomysłu. No więc co robić w takiej sytuacji? Ano sięgnąć po sprawdzoną metodę i wpierdolić w to wszystko deusa z machiny. Wtedy na widowni robi się konsternacja, bo przecież tak dobrze żarło, i wszyscy zaczynają zerkać na zegarki. W obliczu powyższego radziłabym jednak kupować bilety na miejsca na tak zwanym wylocie. Tym sposobem nie popsujemy sobie humoru i będziemy pierwsi w kolejce do szatni.

Wąsy

Uwaga! Spektakl tylko dla widzów dorosłych.
Czas trwania spektaklu: 120 minut, 1 przerwa

PREMIERA 20 WRZEŚNIA 2012 R.

Autor: Maciej Kowalewski
Reżyseria: Maciej Kowalewski
Asystent reżysera: Piotr Tołoczko
Drugi asystent reżysera: Alek Niemiro
Muzyka: Bartosz Dziedzic
Scenografia i reżyseria świateł: Piotr Rybkowski
Kostiumy: Pola Gomółka
Charakteryzacja: Ewa Kowalewska
Producent wykonawczy: Magdalena Kłosińska

Obsada: Teatr Montownia – Adam Krawczuk, Marcin Perchuć, Rafał Rutkowski i Maciej Wierzbicki