Poprawność polityczna we Współczesnym

Jak mawiała Kobieta Pracująca w Czterdziestolatku, każda akcja powoduje reakcję, czyli miecz tarczę powoduje, bomba – schron, a picownictwo – antypicowników, gdyż pamiętne słowa zostały wygłoszone na giełdzie samochodowej. Poprawność polityczna jest w pewnym sensie takim  picownictwem. Gruby nie jest już gruby tylko puszysty (pytanie, jak w takim razie nazwać pluszową maskotkę o długim włosie, albo domowego persa, pozostaje otwarte, to nie działa w obie strony, bo persa można nazwać grubym tylko jeśli taki jest), embrion stał się dzieciątkiem nienarodzonym,  Witkacy – monogamicznym domatorem, od czasu do czasu pozwalającym sobie na substancje wyskokowe w rodzaju herbaty z cytryną, Agatha Christie znała już pojecie Afroamerykanin, a dodatek wiedziała, że było ich dziesięciu,  a Oscar Wilde nigdy nie palił. Gdyby mieszkał w Polsce to pewnie byłby też hetero, na podobnej zasadzie jak Matkaboska, jak wiadomo, nigdy nie była Zydówką tylko rodowitą Góralką z Podhala.

A tera uwaga, bo mogą być spojlery!

Sztuka Géralda Sibleyrasa Napis, wystawiana w teatrze Współczesnym  od 2005 roku z przerwami, prezentuje, jak to mniej więcej wygląda w zachodniej Europie. Konkretnie we Francji. Nie jest to rzecz jasna rzetelny dokument poświęcony zjawisku politycznej poprawności, lecz prześmiewcza wizja autora, którego najwyraźniej drażni sprowadzenie słusznej skądinąd idei do absurdu.

Bohaterowie sztuki pochodzą z zamożnej klasy średniej, mieszkającej w tzw. porządnej kamienicy, położonej w nobliwej dzielnicy Paryża, zaś zimę lubią spędzać na Seszelach lub na Mauritiusie. Nie można im absolutnie zarzucić, że nic o świcie nie wiedzą. Wiedzą to, co powinni. Czyli, że internet jest dobry, bo interaktywny, z dzieciątkiem nienarodzonym należy rozmawiać praktycznie od chwili poczęcia, a najlepiej przed, żeby już się urodziło zsocjalizowane i mają na poparcie stosowne publikacje książkowe, a jak wiadomo, z tym się nie dyskutuje. Ponadto pasjami wręcz uwielbiają mniejszości narodowe, no bo przecież teraz, w zjednoczonej Europie, pochodzenie nie ma znaczenia, jednak szczególny sentyment żywią wobec osób o innych kolorze skóry i/lub wyznaniu. Szanując jednakże czyjąś religię, sami nie mają własnej, zastępując dawną wiarę „najstarszej córki kościoła” rytuałami w rodzaju święta chleba lub dnia dzielnicy. „Przecież każdy lubi chleb” – tłumaczy jedna z bohaterek. Ignorują także wiek, jako rzecz nabytą, w związku z czym osiemdziesięcioletni sąsiad połamał się, hulając po ulicy na rolkach w przekonaniu, że wiek nie ma znaczenia.

 

I wszystko byłoby cacy, nawet ten połamany sąsiad, gdyby nie pewien zgrzyt. W windzie w porządnej kamienicy ktoś starannie wyrył napis: Lebrun = chuj.

Uwaga dotyczy nowego lokatora, któremu bardzo trudno pogodzić się z tą, jego zdaniem, niesprawiedliwą opinią, zwłaszcza że nie wie, przez kogo została wyrażona. Charakterystyka Lebruna została uwieczniona tuż obok napisu „śmierć nazistom”, co do którego wszyscy zgadzają się, że mimo iż lekko stracił na aktualności, nadal trudno odmówić mu słuszności.

Lebrun zaczyna więc wizytować sąsiadów, pragnąc dowiedzieć, się, kto tak nieżyczliwie o nim myśli i już w trakcie pierwszej wizyty zarówno sąsiedzi jak i widzowie zaczynają podzielać uwiecznioną na ścianie windy opinię.

Jednak mimo, ze wśród uczuć sąsiadów do nowego lokatora przeważa niechęć, nikt nie odważy mu się tego powiedzieć wprost. To byłoby niepoprawne politycznie, co nie przeszkadza im plotkować na całego w zaufanym gronie.  Kłopot polega na tym, że duch political correctness   paraliżuje wszelkie nasuwające się rozwiązania. Ktoś wyraził na ścianie windy opinię, niepochlebną wprawdzie i być może krzywdzącą, jednak człowiek ma przecież prawo wyrażać swoje zdanie. Istnieje wszak wolność poglądów. Ale jeśli ktoś inny w wyniku tego cierpi, co wtedy?  Czyja racja jest czyjsza i czy w związku z tym można zlikwidować napis, zatykając w ten sposób usta opozycjoniście Lebruna? A jeśli nawet tak, to kto miałby to zrobić? Chętnych nie ma, bo nikt nie lubi się mieszać w cudze sprawy, zaś sam Lebrun wybrał metodę nieinwazyjną, jednak nie pozostawiając najmniejszych wątpliwości, że ma pretensje o wszystko do wszystkich i związku z tym prędzej rozwiedzie się z żoną niż pójdzie na święto chleba.

Jak to zwykle bywa ze spektaklami wystawianymi od lat,  inscenizacji we Współczesnym brakuje ciut świeżości. Aktorzy, znający tekst na wyrywki, sprawiają trochę wrażenie, jakby chcieli odfajkować robotę i iść do domu. Każdy wie, w której sekundzie odwrócić głowę, żeby wymienić przewidziane scenariuszem znaczące spojrzenia z koleżanką z obsady, bo ona już tam jest i czeka. Nie żeby było to coś niewłaściwego, ale pozostaje jakieś takie nieokreślone wrażenie, że wszystko działa jak w zegarku, aż nienaturalnie. W końcu widz, wybierający żywy spektakl zamiast starannie wyreżyserowanego hollywoodzkiego filmu, gdzie wszystkie przypadki zostały wyeliminowane w montażu, ma prawo oczekiwać, że będzie to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju, a nie klon z serii identycznych wieczorów na tej scenie. Niechby nawet wpadka, jakieś zajaknięcie, cokolwiek, co pozwoli uwierzyć, że mamy do czynienia z żywymi ludźmi, a nie celulojdowymi postaciami w dwuwymiarze. Ale być może się czepiam.

„Napis” Teatr Współczesny

Autor: Gérald Sibleyras
Przekład: Barbara Grzegorzewska
Reżyseria: Maciej Englert
Scenografia: Marcin Stajewski
Obsada:

PAN CHOLLEY Krzysztof Kowalewski
PANI CHOLLEY Agnieszka Pilaszewska
PAN LEBRUN  Leon Charewicz
PANI LEBRUN Monika Krzywkowska
PAN BOUVIER Janusz Michałowski
PANI BOUVIER Marta Lipińska