Matkapolka czyli wybory

Matkapolka czyli wybory

Tytuł jest mocno kulejącym nawiązaniem do Mendozy, trudno, nic lepszego nie przychodzi mi do głowy. Jak po wielokroć donosiłam, życie matkipolki nie jest bynajmniej usłane różami. Wręcz przeciwnie – wydaje się niekończącym ciągiem dramatycznych wyborów i jak mi wychodzi z prawie osiemnastoletniego doświadczenia, prawdopodobnie tym właśnie jest. Weźmy pierwszy z brzegu przykład: tak się akurat składa, że hipotetyczna matkapolka (znaczy konkretnie ja) weszła w posiadanie (mniejsza o to jak) pięćdziesięciu złotych,  cudem ocalałych po zakupach żywnościowych w ilości pozwalającej przetrwać  kilkutygodniowe oblężenie miasta, atak z kosmosu, rezurekcję zombie lub dwudniowy apetyt normalnie rozwijającego się nastolatka. I tera bedzie kfiz: jak w tej trudnej sytuacji powinna postąpić matkapolka? Możliwości są dwie. Jedna zakłada złożenie pięciu dych na ołtarzu gospodarstwa domowego poprzez wysłanie Gremlina do sklepu celem zakupienia marchewki, będącej istotnym składnikiem porannego soku świeżo wyciskanego, wody mineralnej typu Perlage, bez której…