Kultura

Dirty dancing w zakładzie karnym

O wyzwalającej sile tańca powstało już wiele filmów, najczęściej dość banalnych. No bo jaką głębię można na ten przykład odnaleźć w Dirty Dancing? Okowy konwenansów, które niby pętają głównych bohaterów, wydają się jednak trochę przerdzewiałe i trzymają słabo. Baby jakoś nie miewa większych problemów, by wyrwać się samopas w świat i szwędać się gdzie dusza zapragnie, a Johnny, uciemiężony przez  cwanego kapitalistę też się nie przepracowuje. Jak pisał Umberto Eco, odnosząc się akurat do filmów nie tanecznych, lecz pornograficznych „jeśli Gilberto, pragnąc zgwałcić Gilbertę, musi udać się z piazza Cordusio na corso Buenos Aires, film pokazuje, jak samochód Gilberta pokonuje cała trasę, nie oszczędzając nam ani jednych świateł po drodze. Powody tego stanu rzeczy są oczywiste. Film, w którym Gilberto gwałciłby bez wytchnienia Gilbertę, byłby nie do wytrzymania”.

Taka sama prawidłowość zachodzi w przypadku filmów z tańcem, śpiewem oraz dinozaurami.  Zeby w końcu obejrzeć efektowne mambo albo tyranozaura, trzeba się trochę naczekać. Czas oczekiwania scenarzysta wypełnia nam czczymi gadkami, na kolanie skleconą ideologią, lub wysyłając bohaterów w miejsca, w które nikt o zdrowych zmysłach nie zapuściłby się przy tak fatalnej pogodzie.

W belgijsko – francusko – luksemburskiej produkcji, która tak zachwyciła jurorów w Wenecji, że przyznali jej nagrodę specjalną, jest trochę inaczej. Punktem wyjścia rzeczywiście jest taniec, jednak występuje tu jako tło fabuły, nie zaś odwrotnie. Jest to opowieść o kobiecie, niespecjalnie porażającej urodą, jednak, jak się okazuje, niepozorna powierzchowność skrywa bardzo pojemne serce.  Alice tworzy bowiem poliandryczną rodzinę z dwoma mężczyznami, z których jeden jest jej formalnym mężem. W pełnej zgodzie i harmonii wychowują jedynego syna, nastolatka, którego genealogia nie jest do końca ustalona, więc do ojcostwa poczuwają się obaj panowie. Jest tylko jeden zgrzyt – w wyniku nieudanego napadu, który nieszczęśliwie zakończył się zabójstwem, Fernand i Dominic trafili do ciupy, a kobieta, zwłaszcza taka jak Alice, musi się przecież wyszumieć.  Swoją namiętną duszę próbuje wprawdzie wyrazić  platonicznie, poprzez zmysłowe tango argentyńskie, jednak kiedy na lekcji tańca poznaje zakompleksionego strażnika więziennego, wyglądającego jak sobowtór Artura Zmijewskiego, po oczach widać, że długo opierać się nie będzie. Zwłaszcza że Fernand wyjdzie dopiero za 10 lat, a Dominic za 20. No więc nad czym tu się zastanawiać?

Równolegle w zakładzie karnym życie toczy się swoim torem. Zazdrosny o strażnika Frederic, który mimo licznych zachęt ze strony Alice, nigdy jakoś nie chciał się wgłębić z zawiłości tanga, postanawia nadrobić zaległości. Z rozbrajającą determinacją, graniczącą z samobójczą głupotą, dociera do szefa mafii Argentyńczyków, który, jak się wydaje, trzęsie całym więzieniem i wnioskuje o prywatne korepetycje. Argentyńczyk początkowo sprawia wrażenie, jakby najbardziej w świecie chciał zanurzyć kosałę w jego trzewiach, jednak zew krwi i dalekie wołanie portowych tawern okazują się silniejsze. Scena, w której argentyński zakapior wraz ze swoim, po wyglądzie sądząc, przydupasem, prezentują próbkę swoich możliwości, jest, moim zdaniem, najlepsza w całym filmie. Nie jest to żadna gejowska przytulanka. Reżyser sprawia wrażenie, jakby dokładał wszelkich starań, by ustrzec się takich skojarzeń. W rezultacie powstała choreografia na wskroś męska, wręcz nawet ocierająca się o machismo, pokaz siły, agresji nawet, wyrażanej w skomplikowanych krokach, mowie spojrzenia i mocowaniu się ramion.

 

Ponieważ  funkcji instruktora tanga w więzieniu podejmuje się szef wszystkich szefów, niemrawe próby wzniecenia fermentu za pomocą okrzyków typu „cioty” zostają szybko i wprawnie zduszone w samym zarodku i wszyscy w spokoju ducha mogą oddawać się nowej pasji.

Tymczasem Alice ma coraz większe problemy, głównie z synem, wyjątkowo wkurzającym gówniarzem, który postanowił nawrócić matkę  na monogamię, posiłkując się odziedziczonym po jednym z tatusiów pistoletem. Jedyny pomysł wychowawczy, który przychodzi jej do głowy to spacyfikowanie syna, a jakże, za pomocą tańca. Wygląda na to, że dla wycofanej na codzień Alice, taniec jest jedyna formą okazywania uczuć.  Przez chwilę nawet się udaje.

 

Niestety sielankową scenę zaburza strażnik, bachor jak zwykle, źle coś zrozumiał i znowu się robi zamieszanie. Co gorsza, broni palnej ani na chwilę nie wypuszcza z ręki.

Po tym, jak „Tango libre” wygrało Warszawski Festiwal Filmowy pojawiło się wiele krytycznych komentarzy. Film z pewnością  powoduje pewien dysonans poznawczy. Jątrzy nie zawsze w miły sposób. Motywacje głównych bohaterów wymykają się racjonalnej logice, a sekwencja końcowa poziomem absurdu sprawia, że już nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać. I w tym, moim zdaniem, tkwi klu. Zeby polubić ten film, trzeba wyzbyć się własnej racjonalności, obejmującej opłacenie rachunków, zrobienie zakupów i sprawdzenie dziecku lekcji na jutro. Zanurzyć się w świat ludzi, którzy żyją w rozedrganym rytmie tanga, przerzucając się swobodnie od miłości do nienawiści, fukcjonując z dnia na dzień tak jakby jutra miało nie być. Ale czy nie właśnie tego oczekujemy, kupując bilety do kina?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *