W sprawie maku

Długo zastanawiałam się nad tym, czy mój tort nadaje się do prezentacji. W sensie, że ludziom, których nie wypada mi obwarczeć, że albo chwalą albo wynocha. Bo rodzina to co innego. Nie ma wyjścia. No więc w sumie uznałam, że tort nie wygląda profesjonalnie, więc tym bardziej go zaprezentuję. Nie dla siebie, dla ludzkości. A w dupę już z tym dyktatem Wonder Women, co to jedną ręką ścierę ogarniają, drugą poprawiają dziecku  wypracowanie o Dziadach, trzecią wymieniają olej w samochodzie, czwartą kręcą sobie loki, a piątą mieszają polewę na tort kwalifikujący się do pierwszego miejsca w turnieju cukierniczym. Nie zapominając rzecz jasna o ćwiczeniach izometrycznych wzmacniających mięśnie wszystkiego, żeby utrzymać zad powyżej kolan, a biust przynajmniej ciut nad brzuchem.

I ja temu dyktatowi mówię stanowcze nie. To jest tort na miarę moich możliwości i co ja robię tym tortem? Ja otwieram oczy niedowiarkom, bo to moje, przeze mnie wykonane i to nie jest moje ostatnie słowo. I nikt nie ma prawa się przyczepić.

A łatwo nie było. Po pierwsze w celu dotarcia do internetowych informacji dotyczących wyrobów z maku, trzeba najpierw się przebić przez raport Maku i publikacje mu poświęcone. Niektórzy na tym już grzęzną i ja też, przyznam, zamiast parzyć mak, pochyliłam się wewnętrznie nad zawiłościami polityki oraz lotnictwa. Po drugie, jak się okazuje, zdania na temat maku są podzielone. Parzyć i gotować? Parzyć i nie gotować? Zalać gorącym mlekiem (nie wrzącym, czyli bez parzenia)? Mielić, nie mielić? Sytuacja okazała się skomplikowana i w sumie jeszcze nie wiem, czy czasem beztrosko nie wytruję rodziny.

Masa biszkoptowa początkowo sprawiała wrażenie, jakby strasznie chciała wypełznąć z tortownicy, ale ostatecznie zrezygnowała i zapadła się w sobie. Generalnie współpraca z makiem przypominała tę Komisji Millera i zakończyła się ogólną frustracją.

Sfrustrowany tort makowy wygląda tak:

 

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego jest całkiem inny niż w przepisie na blogu Domowe Wypieki, przynajmniej na oko.

No nic, gwoli reporterskiej dokładności, podaję proporcje z tegoż bloga oraz ogólne zasady wykonania, nieco zmodyfikowane na moje kopyto:

Składniki na biszkopt:
310g maku
300 ml mleka
300g cukru kryształu
8 jaj (oddzielić żółtka od białek)
3 łyżki kaszy manny
1 łyżeczka proszku do pieczenia
3 łyżeczki cukru z prawdziwą wanilią

Piekarnik nagrzać na 180 stopni, tortownicę wysmarować masłem. Mak zalać gorącym mlekiem, wymieszać (ja potem zmieliłam go w blenderze). Ubić kogiel mogiel z żółtek z cukrem, dodać wszystko, co mamy, oprócz białek, z których trzeba ubić sztywną pianę. Wszystko wymieszać. Piec ok 40-60 minut.
Krem:

170g cukru pudru
250ml mleka
100g mielonych orzechów włoskich
200g masła

Mleko z cukrem pudrem zagotować na karmel (ok. 40 minut, często mieszając), wsypać zmielone orzechy. Ubić z masłem.

Podzielić biszkopt na 3 części (Perfekcyjna Pani Domu radzi, żeby to zrobić za pomocą nitki dentystycznej). Każdy blat posmarować kremem. Spróbować to wszystko zestawić do kupy.   Zapadnięty wierzch posypać dużą ilością orzechów i migdałów, żeby nie biło po oczach, że zapadnięty. Za pomocą przekupstwa, pogróżek oraz szantażu skłonić rodzinę do zachwytów. Odstawić tort do lodówki, a rodzinę, jeśli będzie oporna, wystawić za drzwi, na mróz, żeby skruszała.

Wesołych Swiąt!