Hobbit – bilet w jedną stronę

Zeby była jasność – nie mam nic przeciwko zdzierstwu w dziedzinie pop-kultury. Rozumiem artystów i wytwórnie, odgrzewające po raz enty swoje największe przeboje po to, by je ponownie sprzedać w „złotych kolekcjach”, „the best of” czy „speszal ediszyns”, które są zupełnie takie same jak te nie-speszyl, tylko okładka bardziej świeci. Pojmuję finansową zasadność kręcenia sequeli, prequeli i rozbijania książek na części.  Albo pomysłów typu – zróbmy to samo, co już było, tylko damy więcej gołych lasek i Leo di Caprio, wyjdzie gites. Każdy chce zarobić, co w obecnych czasach jest coraz trudniejsze, a póki są odbiorcy, chętni by zapłacić za wirtualną wycieczkę do innego świata i oderwanie się od przyziemnej codzienności, nie widzę problemu.

Tylko z tą chęcią robi się powoli kłopot. Z lekkim zdziwieniem przyjęłam informację, że nie porażająca objętością książka dla dzieci „Hobbit czyli tam i z powrotem” została rozbita na 2 części. Więc kiedy Gremlin zaraportował, że nie na dwie tylko jednak trzy, pomyślałam, że smarkaczowi znów się coś pozajączkowało, no bo w końcu jak wierzyć komuś, kto nie jest w stanie ogarnąć liczebności własnych skarpetek lub nieprzekraczalnej godziny powrotu do domu. Znaczy cyfry generalnie sprawiają mu trudność. Najgorsze jednak, że ma rację. Mając już tę świadomość, w kompletnym osłupieniu wpatrzyłam się w zamieszczoną na stronie kina informację, że pierwsza część trwa, jak obszył, 170 minut! Na litość boską, o czym to w takim razie będzie???

No więc było jak w książce. Najpierw do Bilbo przyszedł Gandalf. Potem przyszły krasnoludy. Długo się schodziły, bo to w czasie rzeczywistym się odbywało. Zaczęłam się obawiać, że cała trzynastka będzie przychodzić pojedynczo i film się skończy przybyciem Thorina, ale na szczęście spora grupa krasnoludów zdecydowała się wpaść razem. Posiedzieli i poszli. Nadal w czasie rzeczywistym. W międzyczasie odśpiewali dwie pieśni, z czego jedną w skocznym tempie Bogurodzicy. Zmęczyłam się tą wizytą, co najmniej jakby odbywała się w moim domu.

 

Na schodzeniu się gości, pochrząkiwaniu, wymianie min oraz cytatów z książki, tak solidnie raczej, strona po stronie, upłynęła pierwsza godzina. No nic, myślę sobie, zaraz się rozkręci.  I faktycznie, goście od efektów specjalnych dali czadu. Rivendell wygląda olśniewająco jak zawsze, Moria w retrospekcji znów budzi ponury podziw, a siedziba goblinów jak zwykle skąpana w blasku płomieni, obfituje w nieodłączne mosty wiszące nad ziejącymi otchłaniami. Shire jest sielskie, góry wysokie, podziemne korytarze mroczne, a pustkowia bezkresne. Charakteryzatorzy też się wysilili –  Cate Blanchett i Elrond są 60 lat młodsi niż 11 lat temu, Frodo jest ledwo od ziemi odrosłym nizołkiem, a Galdalf i Saruman trzymają się tak, że każdemu życzę w tym wieku, znaczy kilkuset lat.

 

No więc wszystko pięknie, tylko mam jakieś takie nieodparte wrażenie, że gdzieś to już widziałam, a nie do końca udało mi się uruchomić w mózgu aplikację Mamonia i zachwycić się utworem już znanym.

Tym bardziej, że Tolkien, jak się okazuje, kompletnie nie rozumie mechanizmów współczesnego show biznesu i zza grobu złośliwie odmawia współpracy. Z całego „Hobbita” może dałoby się wycisnąć te 170 minut wciągającej akcji, no ale przebóg, nie z pierwszych 113 stron (polskie wydanie Iskry 1997, tłum. Marii Skibniewskiej). Peter Jackson strasznie chce przekształcić książkę dla 10-latków w mroczny thriller, z nie dającym się przewidzieć finałem, co Tolkien zdecydowanie mu utrudnia. Książka nosi przecież podtytuł „tam i z powrotem”, czyli innymi słowy: poszedł i wrócił, więc ciągłe cedzenie złowrogich uwag typu „nie wiadomo, czy wrócisz”, dla żadnego z czytelników nie mają większego sensu.

„Rozumiecie teraz, dlaczego Gandalf, przysłuchując się wilczemu ujadaniu i warczeniu, zląkł się okropnie, chociaż bowiem był czarodziejem, musiał uznać, że kompania znalazła się w groźnym położeniu i wcale jeszcze nie umknęła goblinom. Mimo wszystko nie zamierzał dopuścić, by wilki bez przeszkód urzeczywistniły swoje niecne plany, jakkolwiek niełatwo mu było działać, siedząc wysoko na drzewie, podczas gdy wargowie zajmowali całą polane dookoła. Nazrywał z sąsiednich gałęzi szyszek, zapalił jedną z nich jaskrawym błękitnym płomieniem i cisnął w dół pomiędzy tłumy wilków” –  takimi słowami Tolkien opisuje scenę oblężenia przez wargów siedzących na drzewach krasnoludów. Peter Jackson postanowił to przerobić na 20-minutową epicką walkę dobra ze złem, tak aby widz miał wrażenie, że gra toczy się o wszystko, a o przyszłość Sródziemia w szczególności. Nie wspominając już o żołnierskim honorze Thorina i pamięci jego przodków.

Jasne, można próbować przerabiać opowieści dla dzieci na mroczne historie dla dorosłych. Niektóre wymagają tylko lekkiego podrasowania np. ponure baśnie braci Grimm. Na upartego to i z Reksia można zrobić psychologiczny dramat o życiu, nie wspominając o Rumcajsie,  którego przy dobrych efektach specjalnych można przekształcić w emocjonujący thriller romansowo – polityczny, zwłaszcza, że  relacje Hanki z Panem Hrabią nigdy nie doczekały się ostatecznego wyjaśnienia i moim zdaniem  zawsze miały jakieś drugie dno (czy pochodzenie Cypiska zostało kiedykolwiek udokumentowane badaniami DNA?). Tylko po co?

Jeśli o mnie chodzi to jestem zdecydowana nie iść do kina na kolejne części Hobbita. Owszem, jako reklamówka osiągnięć speców od efektów specjalnych sprawdza się wyśmienicie, jednak reklamówce trwającej 170 minut razy 3 części, mówię stanowcze nie.  Zdzierstwo zdzierstwem, tu, jak pisałam, pełne zrozumienie. Ale naciągactwo z premedytacją to dla mnie o jeden most za daleko. Wykupiłam bilet „tam”, ale drogę „z powrotem” Bilbo będzie musiał odbyć bez mojego towarzystwa.