Guilty pleasure

Guilty pleasure

Jeśli mi ktoś napisze, że nie posiada żadnej,  nichuja nie uwierzę. Nie ma takich ludzi. Kwestią otwartą pozostaje, kto co uważa za taką grzeszną przyjemność. To sprawa osobista. Dla jednej będzie to „Pięćdziesiąt twarzy Graya”, dla drugiego – atawistyczny zew, nakazujący porzucić dom,  nieletnie potomstwo oraz włączony telewizor i gnać przez noc na stację benzynową po słoik nutelli, dla kogoś innego fizyczna niemożność wejścia na pokład samolotu bez wyliniałej pluszowej małpy, która właśnie obchodzi 40-lecie opuszczenia linii fabrycznej. Tak się składa, że drugi i trzeci przypadek  są akurat moje. Co prowadzi mnie do refleksji, że wiodę raczej rozpustne życie, obfitujące w tego rodzaju grzeszne przyjemności. Może dlatego jakoś mnie nie ciągnie do grafomańskiej pornografii, zresztą powiększony zestaw z Big Makiem uważam za większą perwersję.

Do swoich – licznych, jak się okazało – guilty pleasures zaliczam produkcje z gatunku zombie apokalipsy. Uważam, że tego rodzaju fabuła potrafi podbudować człowieka w każdych okolicznościach życiowych. Jakkolwiek chujowo by nie było, myśl, że przynajmniej nie trzeba nikomu rozwalać głowy siekierą, wydaje się odświeżająca. Z pewnością wprowadza pewien powiew optymizmu, nawet jeśli poza tym nie możemy aktualnie poszczycić się żadnym innym sukcesem.

Tym lepiej się składa, że zombiaki są obecnie dostępne odcinkowo w produkcji AMC „The Walking Dead”, w Polsce emitowanej pod jednoznacznym  tytułem „Zywe trupy”. Jak znalazł na długie jesienne wieczory. Nie planuję streszczać  tu fabuły, zresztą dla osób zorientowanych w temacie zombie, nie jest ona żadnym zaskoczeniem. Wiadomo – umarlaki wokół, garstka ludzi próbuje przeżyć jak długo się da, ale raczej bez dalekosiężnych planów jak doktorat, wysłanie dzieci na studia czy negocjowanie warunków kredytu na domek z ogródkiem.  Zdziwił mnie tylko jeden jej aspekt – zbieżność opinii amerykańskiego purytanizmu i polskich środowisk prawicowych na świętość życia poczętego. Otóż, jedna z bohaterek, jak się okazuje, jest w ciąży. Mogłoby się wydawać, że pomysł sprowadzenia dziecka na świat, opanowany przez zombie, nie jest najlepszym pomysłem.  Lori też coś tak zaczyna świtać i rozważa farmakologiczną aborcję, pod warunkiem, że komuś uda się przedrzeć do zajętego przez zombie miasteczka celem zdobycia środków wczesnoporonnych. No więc widz już rozumie, że to zła kobieta jest.  Na szczęście ma u boku męża i kochanka, a każdy z nich żywi nadzieję, że to właśnie jego geny i zgodnie, chociaż indywidualnie, udzielają jej zjebki za ten niepoprawny politycznie  i urągający prawom boskim i ludzkim pomysł.  A mąż się na nią tak strasznie za to obraził, że nie odzywał się do niej przez kolejne pół roku. Sprawa jest o tyle przegrana, że —- SPOJLER!!! —-wszyscy są zarażeni wirusem zzombakowacenia, po prostu u niektórych nie wystąpiły jeszcze objawy. Nowo narodzone dziecko jest więc zdeklarowanym zombiakiem, tyle że chwilowo w żywej postaci – KONIEC SPOJLERU.

Co ciekawe amerykańskie stacje kablowe ostatnimi czasy testują wytrzymałość widzów w dziedzinie eksterminacji nieletnich. W „Boardwalk Empire” niedawno zginął zastrzelony omyłkowo gazeciarz, a młodociany hochsztapler zaliczył kulkę w głowę, chociaż dopiero po wyjaśnieniu, że nie ma jednak 16 lat jak początkowo twierdził, ale 19. Okazuje się, że te 3 lata sprawiają gigantyczną różnicę. W „Zywych trupach” pojawiały się już dzieci zombie, a małoletni synek Lori gania z bronią i coraz gorzej mu z oczu patrzy. Okazuje się, że w serialach dzieci można wprawdzie zabijać, albo wychowywać na seryjnych morderców, ale dotyczy to tylko tych urodzonych. Embrion nadal jest nietykalny, cokolwiek by się działo, aborcja to samo zuo, a jeśli zachodzi konieczność dokonania dramatycznego wyboru życie za życie, poświęcenie matki uchodzi za jedyne rozsądne rozwiązanie.