Zapiski na serwetce ze stołówki cz. 3

Dzień czwarty

Nie jest dobrze. Zaczynam przeczuwać istnienie mięśni, o które się dotąd nie podejrzewałam. Wszystkie je szczegółowo wypunktował pan Tadeusz podczas wieczornego masażu. Wymiana naszych opinii na ten temat była raczej zdawkowa i jednostronna. Ja co jakiś czas wydawałam naznakowane cierpieniem piski, na co Tadeusz wyrozumiale pytał: tutaj boli? Po czym przyciskał jeszcze mocniej. Myślę, że na jakiś czas straciłam czucie w ręce, na szczęście prawej, więc to chyba nie był jednak zawał serca. Koleżanka mnie wyśmiała. Jej masażysta wychodzi z założenia, że jeśli klient nie skacze pod sufit wrzeszcząc przeraźliwie, to znaczy, że coś poszło nie tak.

Dzisiaj za namową pielęgniarki zrezygnowałam z drenażu na rzecz zabiegu o nazwie termo-slim. Podobnie jak drenaż, opiera się na wsmarowaniu preparatu i owinięciu folią. Potem się delikwenta zawija pasami elektrycznymi  i powoli grilluje. Docelowo powinien wypocić gramaturę średniej wielkości karkówki. Mnie się chyba udało, bo kiedy wdrapywałam się na swoje trzecie piętro, pot ściekał mi po nogach. To, jak mi wyjaśniła pielęgniarka, toksyny, które uwolnił organizm, więc starałam się wdrapywać w miarę możliwości szybko, żeby zdążyć z prysznicem zanim mi te toksyny wpełzną w powrotem.

Nie każdy jednak ma takie szczęście. Spotkana w gabinecie Irmina poskarżyła się, że jej nic nie wypełzło i nie wypociła ani kropli. Ale zawzięła się i jutro znów idzie. Ja chwilowo mam dosyć, bo spociły mi się nawet włosy. Wieczorem zaplanowano integracyjny pokaz filmowy. Miało być „O północy w Paryżu”, ale ostatecznie stanęło na „Dziewczynie z tatuażem”, która znacznie bardziej pasuje do obecnego stanu ducha turnusu. Wziąwszy pod uwagę, że tytuł literackiego oryginału brzmi „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, wieczorna prezentacja powinna zostać zadedykowana kucharzowi.

Tak jak podejrzewałam, tak późna godzina jak 21-sza okazała się dla mnie barierą nie do pokonania. Znów zasypiam o w pół do dziewiątej, jakby mi ktoś przyłożył w łeb łopatą.

 

Dzień piąty

Przyjechała dostawa nowych. Mam dość dyskryminacyjnych opinii: nie masz się z czego odchudzać, już i tak jesteś chuda. Czy ja chodzę po ludziach i mówię im, że mają się z czego odchudzać, bo są grubi? Niby dlaczego to ma działać tylko w jedna stronę? Każdy ma swoją wymarzoną wagę i figurę, do której dąży, innymi słowy każdy dźwiga swój krzyż, a 5 kilogramów potrafi bardziej dopiec niż 15.

Postanowiłam się dziś wybrać na nordic walking. Piękne okoliczności przyrody mnie do tego skłoniły, poza tym uznałam, że chociaż raz muszę tego doświadczyć na sobie i przynajmniej sprawdzić, dlaczego ludzie wracają na czworakach. Z reguły chodzę szybko, bo wolno mnie męczy, więc powinnam sobie poradzić. Ma pewne obawy związane z kijkami, ale to w końcu tylko kijki, co mi mogą zrobić?

Okazało się, że całkiem sporo. Te cholerne kijki w ogóle zmieniają postać rzeczy. Przez pierwsze pół godziny nichuja nie możemy dojść do porozumienia. Między kijkami a moimi kończynami wytworzyła się nieukrywana wrogość i wygląda jakby chciały sobie zrobić wzajemnie na złość. Przede wszystkim kijki nie chcą się zaczepiać o podłoże, tylko ślizgają się po wierzchu, co fatalnie wpływa mi na równowagę. Na dodatek idę za dwiema laskami, które mogłyby zrobić oszałamiającą karierę jako charty wyścigowe. Odżywam, kiedy wychodzimy na plażę. Laskom z tym podłożem wyraźnie nie po drodze, a mi się wreszcie kijki zaczepiają, więc jest git. Dochodzimy aż do Karwi. Z powrotem przez las znów mogiła. Czuję pot ściekający po plecach, Irmina wprawdzie z nami nie idzie, ale podejrzewam, że nawet ona by się spociła.

Po powrocie okazuje się, że turnus żyje już zaplanowanym na wieczór ogniskiem. Poszła fama, że rzucą kiełbasę. Na aerobicu Jolka zwierza nam się, że od rana o niczym innym nie myśli. Nie kryjemy oburzenia: Jolka, przecież ty jesteś na diecie owocowo warzywnej!
No ale przecież nie na wegetariańskiej – odpowiada twardo.

Na masażu znów zaskoczenie – okazuje się, że mam mięśnie grzbietu. Trochę mnie to martwi. Pół życia spędzam przy komputerze, zwinięta w chińskie osiem, mięśnie grzbietu będą mi tylko przeszkadzały. Tym razem mam silne postanowienie dotrwania do magicznej godziny 21-szej, a może nawet ciut po. W tym celu muszę opuścić swój pokój, gdyż jeśli w nim zostanę, zasnę natychmiast. Idę do koleżanek na przedimprezowego drinka.

Ognisko okazuje się imprezą bardzo udaną. Kiełbasa faktycznie obecna,  na szczęście nie jestem fanką, więc nie odczuwam żadnych grzesznych pokus. Integracja przebiega na całego, więzi się zacieśniają, w czym zdecydowanie pomaga obecność przenośnego barku. Barman jednak na zbicie na nas majątku ma szanse niewielkie, a bodaj nawet żadne. Po pięciu dniach ścisłej diety niewiele nam potrzeba, a jedna kiełbasa na głowę nie zmienia zasadniczo obrazu sytuacji, nawet jeśli się ją zje. Ognisko jest ogrodzone, w celu, jak mi wyjaśniła obyta w świecie znajoma, uniknięcia prób przeskakiwania przez ogień oraz chodzenia po węglach, co zdarzało się podczas poprzednich turnusów. Mówię przecież, że nie ma nic  łatwiejszego niż upić kobietę na ścisłej diecie. A potem obsługa się dziwi, że po dwóch piwach wszystkie wierzą, że są Janosikami.