Zapiski na serwetce ze stołówki cz. 2

Dzień trzeci

Zanotowałam pierwsze załamania oraz przypadki otwartego buntu.  Laski przerzucają się samodzielnie postawionymi diagnozami, które wedle wszelkiego prawdopodobieństwa uniemożliwiają im udział w dzisiejszych zajęciach. Z racji, że basen zaczyna się za pół godziny, w rankingu schorzeń na prowadzenie wychodzi tarczyca.  Bo wtedy skóra swędzi, więc chlor jest zupełnie niewskazany. A reszta to już jak u Sidorowskiej, czyli taka ogólna tendencja: kolka, wątroba, śledziona, noga. Ja niestety czuję się obrzydliwie zdrowo, więc idę na ten basen, no bo co mam robić. I tak muszę kupić preparat z magnezem i potasem, żeby nie kojfnąć na drenażu, psując statystyki. Szczęśliwie na śniadanie rzucili bułki. Wprawdzie tylko opcjonalnie i to bardziej dla osób bezdietowych (są takie), ale sprawdziłam, że nikt ich nie liczy, więc podwędziłam jedną i dodatkową porcje wędliny.

 

 

Woda w basenie okazała się chłodniejsza niż wczoraj, więc instruktor wprowadził utrudnienie. Teraz wszystkie figury musimy wykonywać twarzą do niego, podczas gdy miota się od krawędzi do krawędzi. Chlapiąc chaotycznie, zawieszeni na styropianowych wężach, wyglądamy wypisz wymaluj jak rozbitkowie z Titanica, wypatrujący szalupy.

Wracając z magnezem, mijam dziarską grupę, zbrojną w kijki, wybierającą się właśnie na nordic walking. Wyglądają podejrzanie zdrowo, obstawiam, że podobnie jak ja, dokonali porannego desantu na bułki.

Co gorsza, instruktorzy wyraźnie nabrali wiatru w żagle i wychodzi na jaw, że wczorajszy dzień to był tylko taki powitalny lajcik. Stopniowo jednak pokazują swoje prawdziwe oblicze i zaczynam zazdrościć Baśce tego jej krzesełka.

Po zajęciach i obiedzie wybieram się na elektrowstrząsy, tfu!, elektrostymulacje. Pielęgniarka już od progu pęka za śmiechu, z gabinetu zaś dobiegają wysokiej częstotliwości piski. W sensie nie maszyny, tylko klientki, znaczy odgłosy paszczą. Pielęgniarka wyjaśnia, że ludzie różnie reagują na ten zabieg i układa mi elektrody na brzuchu. Kiedy  tylko włącza prąd, zaczynam chichotać i nie przestaję przez 15 minut. Uczucie takie ni to łaskotanie, ni to szczypanie, w sumie mocno śmiechopędne. No ale tym lepiej, śmiech jest doskonałym ćwiczeniem na mięśnie brzucha. Z tym że mnie łaskocze już do wieczora.

 Na wieczór zaplanowany jest wieczorek integracyjny. Dostajemy po kieliszku wina i każdy musi opowiedzieć coś o sobie.  Wprawdzie po dzisiejszym śniadaniu wiemy już o sobie co nieco, jednak głównie w zakresie listy schorzeń. Bo imiona gdzieś w tym wszystkim zapodziały. Tym razem nikt nie mówi, na co choruje, za to, jak się okazuje, większość turnusu to recydywa. Niektórzy przyjeżdżają od kilkunastu lat z częstotliwością dwa razy w roku. Z racji licznych załamań kondycyjnych, impreza kończy się już koło północy i ku mojemu zdziwieniu, jestem jedną z ostatnich osób opuszczających bar.