Zapiski na serwetce ze stołówki cz. 1

 

Wróciłam właśnie z wczasów odchudzających. Nazwa, moim zdaniem,  wprowadza w błąd, znacznie bardziej adekwatny byłby survival. Gremlin mnie wyśmiał. Mówi, że na obozie tenisowym miał to samo tylko bardziej plus czasu na sen tyle, co rekruci w Legii Cudzoziemskiej, no ale weźmy pod uwagę różnicę wieku. Przed wyjazdem ambitnie planowałam prowadzić  dziennik, ale sprawdziło się powiedzenie, że niewiele warte są plany ludzi i myszy, gdyż przeważnie idą precz. Zycie brutalnie zweryfikowało moje zamierzenia i koniec końców podczas minionego tygodnia nie miałam czasu na żadne czynności poza tymi podtrzymującymi życie. Z rzadka tylko zdarzały mi się chwile zadumy nad kotletem warzywnym w stołówce, stąd tytuł. Ale do rzeczy:

Dzień pierwszy

Nie mogłam spać z nerwów. Nigdy  wcześniej nie jechałam sama w tak długą trasę. Przed piątą doszłam do wniosku, że skoro i tak nie śpię to równie dobrze mogę nie spać za kierownicą. W rezultacie już o 11-tej zaparkowałam przy deptaku we Władysławowie, targana niepewnością, czy to na pewno to samo miejsce, które pamiętam z początków sierpnia w postaci obsranego budkami z fast foodem bajzlu. Okazuje się, że nadmorskie miejscowości mają wiele uroku, pod warunkiem, że zniknie z nich milion turystów i te obrzydliwe szyldy. Ku swojemu zdumieniu odkryłam, że takie na przykład Władysławowo nie składa się, jak przypuszczałam, z samych tylko drewnianych bud i przyczep z zapiekankami. Posiada także stałą architekturę murowaną, z  tym, że latem niewidoczną na pierwszy rzut oka.

Wczasy, na które się wybrałam, mają swoją siedzibę w Jastrzębiej Górze. Dotarcie tam z Władysławowa zajęło mi godzinę, tak bardzo nie mogłam się nazachwycać, jak pięknie tam wszystko wygląda poza sezonem. W ośrodku cisza. Jeden turnus już wyjechał, drugi jeszcze nie przyjechał, widać mało komu przyszło do głowy wyruszyć przed świtem. Pogoda piękna, rany, jak ja tu sobie wypocznę!

 

Dzień drugi

Dostałam grafik zajęć. Zaczynam podejrzewać, że z tym wypoczywaniem to jednak mogłam się fatalnie pomylić. Nawet jeśli zlekceważę poranny rozruch to i tak wychodzi, że muszę wstawać godzinę wcześniej niż w domu. Chyba że pominę śniadanie, co da mi dodatkowe pół godziny przed basenem. Ta opcja jednak odpada, gdyż  zachodzi uzasadnione podejrzenie, że  padnę zimnym trupem nie doczekawszy obiadu. Stopniowo dowiaduję się od stałych bywalczyń, przyjeżdżających do Jastrzębiej od kilkunastu lat, że na śniadania i basen się chodzi. Głównie dlatego, że znacznie pomagają uporać się z konsekwencjami  poprzedniego wieczora. Przekonałam się o tym na własnej skórze, gdyż po wstępnej integracji dnia pierwszego, śniadanie oraz pierwszą połowę zajęć w basenie pamiętam raczej mgliście. Dryfując chaotycznie na styropianowym wężu  dochodzę do wniosku, że dotąd bardzo niesprawiedliwie oceniałam aqua aerobic. Uważałam mianowicie, że to zajęcia dla tych, którym nie chce się normalnie popływać. Okazuje się, że nie. Można się zmachać naprawdę skutecznie. Po basenie powinnam gnać na złamanie karku z powrotem do ośrodka, żeby zdążyć na nordic walking, który wyrusza za 3 kwadranse, ale na szczęście pada deszcz, więc udzieliłam sobie dyspensy. Kolejne zajęcia odbywają się już na sali, więc nie ma wymówki. Ciurkiem zaliczam aerobic oraz ćwiczenia na piłkach. Można mnie wyżymać. Ale nie mam czasu się wyżąć, gdyż lecę na obiad. Jestem na diecie 1000 kalorii, więc szału na talerzu raczej nie ma. Kumpeli, która ma chody w kuchni, udało się skombinować dodatkowy kotlet warzywny. Dzielimy się nim konspiracyjnie i pożeramy ukradkiem. Z drugiej strony nie ma znów co tak szaleć, bo zaraz elektrostymulacje i drenaż limfatyczny. Uśmiechnięta pielęgniarka radzi mi serdecznie, abym zaopatrzyła się w preparat z magnezem i potasem, o ile nie planuję zejścia śmiertelnego. Wprawdzie dotąd nigdy się nie zdarzyło, ale kto wie, zawsze musi być ten pierwszy raz. Pielęgnując na dnie duszy pobożne życzenie, aby utrzymać tę optymistyczną tendencję i próbując gorączkowo przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz robiłam badania, pozwalam się wysmarować preparatem z kofeiną, zawinąć w folię spożywczą i zakuć w kaftan, w konstrukcji którego z pewnością maczali palce specjaliści z NASA. Okazuje się, że kaftan oddycha. Zrobił wdech i zassał mnie od stóp do żeber. Na szczęście potem zrobił też wydech. I znów zassał. I tak pół godziny. Nie mam jednak czasu specjalnie się nad tym rozczulać, bo zaraz po wyplątaniu się z kaftana, lecę na masaż. Masażysta na wstępie uprzedza mnie, żebym się nie zdziwiła, jeśli na początku będzie bolało. Bo tu nie uprawiają relaksacyjnego kiziu miziu tylko solidny masaż odchudzający. No i faktycznie, da się to odczuć. Czuję, że chudnę w oczach. Na dodatek masażysta strzela palcami jakieś takie prądy cieplne, co odczuwam, jakby mi lano punktowo na plecy ciepłą oliwę. Coś jak woskowanie w ostatnim stadium mycia samochodu. Skojarzenie było tak silne, że aż zapytałam, czy pan mnie na koniec woskuje i czy mam się spodziewać także polerowania lakieru. Okazuje się, że to nie woskowanie, ale reiki. To sprawia, że już drugi raz tego dnia muszę zweryfikować swoje dotychczasowe poglądy. Nigdy nie wierzyłam w reiki, jednak gorące prądy strzelające z palców plus certyfikat na ścianie nie dają się zlekceważyć. Po masażu na szczęście już kolacja. Od razu po kolacji streching. Niepotrzebnie się przyznałam, że chodzę na jogę, bo za karę dostaję utrudnioną wersję. Do swojego pokoju położonego na trzecim piętrze docieram na czworakach. O w pół do dziewiątej wieczorem padam jak podcięta kłoda i ani Kurt Wallander, ani jego córka nie są w stanie opóźnić tego ani o minutę.