Szkarłatny Kwiat

W swoim poprzednim wpisie, sprawiałam, zdaje się, wrażenie, jakbym dokądś zmierzała. W rzeczy samej, nie jest to wrażenie bezpodstawne. Z racji podeszłego wieku coraz częściej  miewam flashbacki, co zapewne jest oznaką zbliżającej się śmierci. Nie jest może jeszcze tak, że całe życie przelatuje mi przed oczami, ale co jakiś czas coś mi wypełza, a z braku mocno zredukowanych na wczasach odnowy biologicznej schabów, wypełzł mi na ten przykład w zeszłym tygodniu „Szkarłatny kwiat”. Film ów obejrzałam po raz pierwszy w podstawówce będąc i w rezultacie  moje nastoletnie życie straciło czasowo jakikolwiek powab. Odświeżyłam go sobie kilka dni temu i okazało się, że nic nie stracił na swoim uroku.

Jeśli chodzi o tytułowy szkarłat to trzeba zachować ostrożność, gdyż kolor ów został już tak wielokrotnie przemaglowany, że łatwo stracić rozeznanie.  Jest więc Szkarłatny Kwiat, Szkarłatna Litera, Will Szkarłatny i Scarlett O’Hara,  nie wspominając już o Studium w szkarłacie.

Ekranizacji powieści Baronowej Orczy powstało w sumie siedem. Ponieważ prowadzę tutaj poważny blog, a nie jakieś tam pitumitu,  nie będziemy zajmować się bzdurami, bo z czego jak z czego, ale z filmów z gatunku płaszcz i szpady nie pozwolę żartować. Wśród tych siedmiu adaptacji istnieje tylko jedna słuszna,  mam na myśli brytyjską produkcję telewizyjną z 1982 roku z przepiękną Jane Seymour, jeszcze ładniejszą niż w Bondzie.  Co do tego wszyscy fani gatunku w pełni się zgadzają. Ale, że się tak wyrażę, pies z nią, gdyż film kradnie Anthony Andrews, obsadzony w tytułowej roli.

W jego lekko żabim spojrzeniu czai się całe bogactwo emocji, a sceny z czasokresu, gdy on już wie, ale ona jeszcze nie podejrzewa, że on wie, a jemu w międzyczasie też się tak cokolwiek zaczyna wydawać, że być może nie wie wszystkiego, dosłownie wbijają w fotel. Te wielopłaszczyznowe interakcje między głównymi bohaterami, te nocne rozmowy, gdy on już – już chciałby się otworzyć, ale zdaje sobie sprawę, że nie może sobie na to pozwolić, gdyż dźwiga na swych wątłych barkach los dwóch europejskich mocarstw i przyszłość dynastii Kapetyngów, tego się nie da opowiedzieć.  To trzeba zobaczyć i dać się pochłonąć nastrojowi. Emocje towarzyszące kluczowej kwestii Andrewsa: „Będę ją kochał do dnia mojej śmierci i na tym polega tragedia” zapewne zabiorę ze sobą do grobu.

Tło historyczne wypada tak jak zwykle, czyli zgodnie z regułami gatunku. Mamy więc złych rewolucjonistów (chociaż Robespierre ma w pewnym momencie jakiś przebłysk ludzkich uczuć), których jednakże łatwo wykiwać, gdyż naiwni są jak dzieci we mgle. Mamy mężczyznę, kryjącego potężną tajemnicę wagi państwowej, lecz jednocześnie spragnionego zwykłego ludzkiego ciepła. Mamy piękną heroinę, uwikłaną w trójkąt miłosny, która sama nie wie, co ma o tym wszystkim myśleć. A przede wszystkim mamy obrotowy pierścień, dzięki któremu wszystko staje się jasne.

 

Rzecz oczywista, co jest żelazną regułą gatunku, życie w XVIII wieku toczy się dokładnie tak samo jak w latach 80-tych, a jedyna różnica tkwi w strojach. Przedsiębiorcze, samodzielne kobiety podróżują swobodnie bez żadnej przyzwoitki, zawód aktorki spotyka się z powszechnym szacunkiem, a jeśli ma jakiś wpływ na reputację kobiety to wyłącznie pozytywny,  więc baroneci pasjami się z nimi żenią, po czym bez żadnego wstydu wprowadzają w wyższe sfery i przestawiają u dworu.

Przy czym czas namysłu od chwili poznania do oświadczyn jest rekordowo krótki. Facet widzi ładną laskę, zakochuje się rzecz jasna od pierwszego wejrzenia, natychmiast wie, że chce z nią spędzić resztę życia (co w warunkach Rewolucji Francuskiej nie musiało oznaczać długo), więc oświadcza się i pozamiatane. I to jest odpowiedzialne postawienie sprawy.  Które, nawiasem mówiąc, może trochę namącić w głowie współczesnym. Mój mąż jakoś po roku tzw. „chodzenia” podzielił się ze mną refleksją, że może między nami coś będzie. Nie mówił wcześniej, bo uznał, że to oczywiste. No, jak dla kogo. Ja tam jestem jednak zwolenniczką namacalnych konkretów.

Ale wracając do meritum – uważny widz, czyli taki, który wzrokiem pełnym miłości i zrozumienia ogarnie temat, dostrzeże zmiany, jakie dokonują się podczas trwania filmu. Początkowo wszystko jest jak najbardziej serio. Stopniowo widać, jak reżyser i aktorzy zaczynają sobie robić jaja, a kilka ujęć sprawia wrażenie, jakby zostały wycięte z jakiegoś slapsticu. Dodatkowym bonusem jest Julian Fellowes w roli niezbyt rozgarniętego księcia Walii. Patrząc na jego nieskażoną przejawami myślenia twarz, trudno odgadnąć, że niespełna 30 lat później stanie się ojcem największego hitu eksportowego Wielkiej Brytanii, serialu Downton Abbey, entuzjastycznie przyjętego w krajach połowy świata z Tajwanem i Chile włącznie.