Obejrzałam coś fajnego

Obejrzałam coś fajnego

I jest to takie fajne, że postanowiłam zrobić sobie przerwę od seksownych kociaków filmowych. Bo w tym, co w tytule, kociaka żadnego nie ma, wręcz przeciwnie, no ale brytyjskie produkcje słyną z propagowania alternatywnych wzorców urody. Moim ulubieńcem jest pan z lewej:

Kris Marshall i Daisy Donovan w „Zgonie na pogrzebie” 2007

Ale w tym filmie, co go teraz mam na myśli, ale jeszcze nie ujawniam, gdyż trzymam suspense, akurat go nie ma. I bardzo dobrze, bo po „Kochanie, poznaj moich kumpli” powinien wczołgać się pod szafę i poczekać aż ludzie zapomną.

Ale do rzeczy. Po obejrzeniu trailera tego filmu, co to jeszcze nie wiecie i mając  w świeżej pamięci  przygodę z owcą trzech ćwierćmózgów w Australii (pana młodego pomijam), pomyślałam, że Anglicy coś mi mocno zniżkują w formie i treści, a to nie byłoby fajne. Więc prawie postanowiłam się zniechęcić,  ale Mossakowski nagle dał 5 gwiazdek a on mi się zwykle sprawdza. Film nazywa się  – tadam! – „The Angels’ Share”, co jak zwykle pomysłowy polski tłumacz przełożył na „Whisky dla aniołów”.  W klimacie bardzo mi się kojarzy z produkcjami typu „Wilbur chce się zabić”, „Goło i wesoło”, czy niebrytyjski „Włoski dla początkujących”. Czyli bida z nędzą i optymistycznym przesłaniem.  I ten optymizm jest tak zaraźliwy, że łatwo można wybaczyć dziwne przypadki fabularne typu: pracownik społeczny, zabierający  swoich podopiecznych recydywistów na wycieczkę do gorzelni  (jakby już, kurna, nie miał dokąd) czy grupka wykolejeńców, mająca do dyspozycji baterię małpek z whisky, zamiast się nią spić, degustuje bukiet i grzecznie odpluwa do wiaderka (z wiaderkiem jest zresztą związana scena, którą gorąco proponuję pominąć), po czym, chociaż najwyraźniej w szkole nie przykładali się do nauki, w mgnieniu oka zyskują wiedzę na temat whisky na poziomie Wielkiej Gry.

 

Ale optymistyczne przesłanie pozwala to wszystko zepchnąć na dalszy plan i wybaczyć, bo faktycznie bez tych nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności trudno byłoby rozwinąć fabułę. Niewątpliwą zaletą jest przepiękny prolog zawierający dialog między zawiadowcą stacji a zawianym gościem, spacerującym po krawędzi peronu oraz fachowo sprecyzowane oskarżenia, wygłaszane w sądzie: „Oskarżona ukradła papugę ze sklepu zoologicznego w dzielnicy Gallowgate, ptak był w reklamówce Marks&Spencer, z której wystawał ogon”, a także:  „Wspinaczka na pomnik księcia Wellingtona w centrum, oskarżony był pod wpływem alkoholu i narkotyków. Chyba ma uraz do posągów, gdyż uprzednio owinął królową Wiktorię szkocką flagą i oddał mocz na Donalda Dewara”. Pal diabli ten mocz, ale zawinięcie królowej w szkocką flagę faktycznie wygląda na grubszy nietakt, biorąc od uwagę, co ją spotkało w 1882.

Film zahacza wprawdzie i to dość mocno, o problemy społeczne, ale bez mitologizowania ofiar kulejącego systemu. „Spójrz na nas, równie dobrze możemy sobie wytatuować „mam zawiasy” na czole – zauważa trzeźwo jeden z resocjalizowanych – Wyglądamy jak dresy. A w garniakach – jak oskarżeni”.  Przesłanie oparte na przekonaniu, że wykluczeni bohaterowie doskonale zdają sobie sprawę, że są kowalami własnego losu i  wbrew licznym przeciwnościom muszą w końcu wziąć  swoje życie we własne ręce, wygląda na dość naiwne, ale po drugiej stronie też nikt nie jest doskonały, bo chociaż pracownik socjalny do rany przyłóż, to jednak jego namiętność do wysokoprocentowych (acz szlachetnych)  trunków może trochę niepokoić. Wykluczeni biorą więc los we własne ręce, ale nie do końca w sposób, który zachwyciłby panie z kółka różańcowego. Robią to jednak z takim wdziękiem, pomysłowością i poświęceniem, że trudno im nie kibicować.

Obejrzenie takiego filmu w długi jesienny wieczór działa moim zdaniem lepiej niż herbata z miodem i imbirem. Wiem, bo próbowałam.