Filmowe kamienie milowe, czyli…

… człowiek sam nie czuje, jak mu się rymuje. Ale wracając. Wspominałam o reżyserach, którym aktorzy powinni dopłacać. Jest takich więcej, nie tylko Sam Mendes. Patrząc na metroseksualnego Legolasa mało kto dostrzegłby w nim zadatki na prawdziwego faceta. I rzeczywiście, co film to Orlando jakiś taki chłopczykowaty, co zasadniczo zawęża jego target do wątłych gimnazjalistek, którym takie wyplute mydłki akuratnie pasują.  Mi osobiście strasznie popsuł całą „Troję”, którą skądinąd trudno nazwać dziełem wybitnym. Byłam stuprocentowo pewna, że Ridley Scott porywa się z motyką na słońce. Przeskok z Russella Crowe na Orlando Blooma wydał mi się karkołomną akrobacją.

No bo pamiętamy przecież Russella i jego stuprocentowo męską, pooraną cierpieniem twarz, naznaczoną osobistą tragedią, kiepskim odżywianiem oraz troską o losy Rzymu, które to losy w pojedynkę i bez żadnego wsparcia na własnych barkach musiał dźwigać. Początkowa sekwencja bitwy o Germanię nieodmiennie powoduje u mnie opad szczęki, a scena, gdy tytułowy bohater zagrzewa swoich żołnierzy do boju, wyjaśniając im, że jeśli nagle stanie się wokół pięknie to znaczy, że już nie żyją to właśnie ten moment, w którym wszystkie laski się w nim zakochują. A przynajmniej większość. I Meg Ryan.

 

No więc gdzie takiemu Legolasowi do gościa, który z dumnie podniesionym czołem odpyskuje imperialiście, że nazywa się Gladiator. Ze tak się wyrażę, pojary nie ma. I rzeczywiście przez pierwszą połowę „Królestwa niebieskiego” daje się wyczuć, jak się siłuje z reżyserem, który prawdopodobnie w tym samym czasie wiesza psy na producencie, który zaangażował mu kasowego wymoczka, bo laski go lubią. I widać efekty, bo od tego siłowania Orlando troszkę klaty dostał, chociaż może nie na tyle, żeby się z nią jakoś ostentacyjnie obnosić. Ale to i tak jego, jak dotąd, najlepsza klata w życiu. Do tego trochę nastrojowego światła i dał chłopak radę. Nawaliła tylko scenografia, bo ta róża wyrastająca mu z ramienia strasznie harlekinowo wygląda i można się wręcz spodziewać, że gość lada chwila zacznie wyciągać kolorowe apaszki zza ucha,  no ale nie ma co rozpaczać nad rozlanym mlekiem.

Ale o czym my tu zresztą mówimy, skoro Ridley Scott to taki facet, który nawet z robota potrafi zrobić fascynującą postać.

 

W sprawie Michaela Fassbendera to ja akurat nie czuję się obiektywna, bo uwielbiam faceta za całokształt i jestem gotowa przysięgać, że jeśli ktokolwiek z tego pokolenia miałby przejąć schedę po wielkich aktorach formatu Roberta de Niro, Ala Pacino czy Jacka Nicholsona to musi być on. No dobra, może z wyjątkiem Nicholsona, bo po nim ewidentnie przejmuje boski Leo, więc ta ścieżka kariery wygląda na zajętą. I wcale nie piszę tego z powodu „Wstydu”, bo latanie na golasa to za mało, żeby wskoczyć do mojego rankingu. Fassbender popis moim zdaniem dał w „Jane Eyre”. Filmy kostiumowe wydają się idealną okazją, by zachwycić miliony fanek. Sama niedawno rozpływałam się nad Szkarłatnym Kwiatem. Bo w sumie cóż to trudnego – w rozchełstanej białej koszuli każdy wygląda dobrze.  Ale gdyby tak było, historia kinematografii nie byłaby usiana tymi, którym się nie powiodło. Fassbender jest moim zdaniem najlepszym panem Rochesterem, jakiego miałam okazję oglądać, a jakoś tak się złożyło, że pamiętam wszystkich. Oczywiście scena w rozchełstanej koszuli jest najlepsza. Ale w surducie też sobie nieźle radzi.