Filmowe kamienie milowe, czyli…

Filmowe kamienie milowe, czyli...

… człowiek sam nie czuje, jak mu się rymuje. Ale wracając. Wspominałam o reżyserach, którym aktorzy powinni dopłacać. Jest takich więcej, nie tylko Sam Mendes. Patrząc na metroseksualnego Legolasa mało kto dostrzegłby w nim zadatki na prawdziwego faceta. I rzeczywiście, co film to Orlando jakiś taki chłopczykowaty, co zasadniczo zawęża jego target do wątłych gimnazjalistek, którym takie wyplute mydłki akuratnie pasują.  Mi osobiście strasznie popsuł całą „Troję”, którą skądinąd trudno nazwać dziełem wybitnym. Byłam stuprocentowo pewna, że Ridley Scott porywa się z motyką na słońce. Przeskok z Russella Crowe na Orlando Blooma wydał mi się karkołomną akrobacją. No bo pamiętamy przecież Russella i jego stuprocentowo męską, pooraną cierpieniem twarz, naznaczoną osobistą tragedią, kiepskim odżywianiem oraz troską o losy Rzymu, które to losy w pojedynkę i bez żadnego wsparcia na własnych barkach musiał dźwigać. Początkowa sekwencja bitwy o Germanię nieodmiennie powoduje…

W życiu każdej kobiety…

W życiu każdej kobiety...

… istnieją pewne kamienie milowe, po których nic nigdy nie jest takie jak wcześniej. Ponieważ nadal odczuwam silny związek z klimatami filmowymi, a Szkarłatny kwiat podziałał na mnie bardzo marzycielsko, pozwólcie, że pociągnę temat. Rzecz jasna, filmowe kamienie milowe to sprawa osobista i każda z pewnością ma własne. Mężczyźni podobno też mają. W mocno już zapomnianym (niesłusznie! niesłusznie!) serialu „Skrzydła” był nawet bohater, który z dokładnością do jednej sekundy potrafił określić, w którym momencie w danej produkcji pojawia się goły biust. Damski, dla ścisłości. No cóż, co kto lubi. W biustach, bez względu na ich płeć, nie jestem mocna, a już na pewno nie z dokładnością do sekundy, natomiast specjalizuję się w marzycielskich spojrzeniach oraz specyficznie wycedzonych kwestiach.  I w ogóle mi to z wiekiem nie mija. Zaczęło się chyba od Luke’a Skylwalkera, patrzącego marzycielsko na dwa zachodzące nad Tatooine…

Szkarłatny Kwiat

Szkarłatny Kwiat

W swoim poprzednim wpisie, sprawiałam, zdaje się, wrażenie, jakbym dokądś zmierzała. W rzeczy samej, nie jest to wrażenie bezpodstawne. Z racji podeszłego wieku coraz częściej  miewam flashbacki, co zapewne jest oznaką zbliżającej się śmierci. Nie jest może jeszcze tak, że całe życie przelatuje mi przed oczami, ale co jakiś czas coś mi wypełza, a z braku mocno zredukowanych na wczasach odnowy biologicznej schabów, wypełzł mi na ten przykład w zeszłym tygodniu „Szkarłatny kwiat”. Film ów obejrzałam po raz pierwszy w podstawówce będąc i w rezultacie  moje nastoletnie życie straciło czasowo jakikolwiek powab. Odświeżyłam go sobie kilka dni temu i okazało się, że nic nie stracił na swoim uroku. Jeśli chodzi o tytułowy szkarłat to trzeba zachować ostrożność, gdyż kolor ów został już tak wielokrotnie przemaglowany, że łatwo stracić rozeznanie.  Jest więc Szkarłatny Kwiat, Szkarłatna Litera, Will Szkarłatny i Scarlett O’Hara,…