Tradycyjna polska rodzina

Tradycyjna polska rodzina poczuciem winy stoi. Być może istnieją we wzajemnych relacjach jakieś inne uczucia czy poczucia, ale jeśli tak, to na znacznie dalszym planie. Najmocniejszym spoiwem jest jednak poczucie winy. Nie twierdzę, że jest to wyłącznie polska specialite de la maison. Możliwe, że podobne praktyki odbywają się w innych rodzinach, w innych krajach, a może nawet wszędzie, ale mnie to zasadniczo wali, w końcu nie mogę się martwić o wszystkich.

Szafarkami poczucia winy są przeważnie głowy rodzin. Znaczy matki. Ojcowie jako głowy występują z reguły w dokumentach oraz w spisie powszechnym, pod warunkiem, że rachmistrz trafi akurat na dobry humor prawdziwej głowy rodziny, albo ta głowa aktualnie ma do przedyskutowania z małżonkiem palącą kwestię remontu łazienki, więc gotowa jest rzucić mu jakiś ochłap dla lepszej atmosfery planowanych negocjacji.

Delegowanie poczucia winy na pozostałych członków rodziny odbywa się ceremonialnie i z rozmysłem. Chodzi o to, by dawkować z umiarem i pilnować, żeby organizm obiektu przypadkiem się nie uodpornił. Ta tajemna wiedza przekazywana jest po kądzieli z pokolenia na pokolenie na zasadzie infekcji z długim okresem inkubacji. Początkowo nie podejrzewamy nawet, że wirus już się w nas rozwija. Pierwsze olśnienie następuje zwykle kiedy same mamy dzieci w wieku na tyle rozumnym, by nadawały się do poddania manipulacji.

Dzieci w ogóle są w najgorszej sytuacji, bo znajdują się między młotem a kowadłem, z jednej strony poddawane indoktrynacji mamusi, a z drugiej babci. Trudno się dziwić, że kiedy zaczynają pojmować cokolwiek z tej skomplikowanej próby sił, marzą już tylko o tym, aby się wyprowadzić, najlepiej na jakąś bezludną wyspę. Kiedy przegapią ten moment, może się okazać, że już za późno i skończą jak bohaterowie najnowszej kampanii reklamowej ING.

Poczucie winy ma wiele twarzy. Na tym polega jego ponadczasowa uniwersalność. Może występować w postaci małego podgryzania: o, szkoda, że założyłaś tę sukienkę, ona się nie nadaje na tę okazję, ale już trudno, poprzez klasyczne „coś sucho ma ta palma” po absolutny hit box ofisów: no ale zrobisz jak uważasz.  Nieco rzadziej, ale za to z hukiem występuje futurystyczne poczucie winy, zaczynające się zwykle od: wiesz, tak sobie myślę, że kiedy mnie zabraknie… Zdarza się także obserwować poczucie winy science – fiction, upamiętnione w filmach Barei: a gdyby tu było przedszkole w przyszłości i wasz synek, którego jeszcze nie macie… (sprawdzić, czy nie ksiądz). Istnieje także szeroko rozpowszechnione poczucie winy zdrobnieniowe. Moja mama, napuszczając mnie na kogoś, zawsze przypominała: powiedz, że mamusi będzie bardzo przykro.  To bardzo skuteczny sposób wykreowania  w głowie obiektu wizji bosonogiej dziewczynki z zapałkami albo Davida Copperfielda z buzią w podkówkę (ale nie tego iluzjonisty). W końcu kto odmówi dziecku, proszącemu w imieniu mamusi.

Przeważnie jednak mamy do czynienia z tzw. chwilówką czyli poczuciem winy wykreowanym ad hoc. Wyobraźnia głów rodzin jest w tej dziedzinie nieograniczona.  Załóżmy, że po 10 latach zbierania się i niezbędnych funduszy oraz przygotowywania domowników na tę ciężką sytuację, wyruszamy wreszcie na przygodę z turnusem odnowy biologicznej. Teściowa natychmiast wyłapuje okazję i wyprawia obiad rodzinny dokładnie w ten weekend, kiedy nas nie będzie. Ale popełnia błąd strategiczny i mówi o tym nie nam, lecz naszemu małżonkowi. Ta drobna, wydawałoby się wpadka, pozbawia ją rozkoszy słuchania, jak miotamy się przy telefonie, próbując wymyślić jakieś niezwykle ważne wymówki , takie zahaczające o tajemnice życia i śmierci  (w sumie babcia nie żyje już od 7 lat, więc teoretycznie jesteśmy teraz w nawet głębszej żałobie niż  w dniu pogrzebu, bo – temu nikt nie zaprzeczy – babcia nie żyje jeszcze bardziej). Na nasze nieszczęście łańcuszek kreowania  poczucia winy nie obejmuje facetów. Nie są oni postrzegani jako odpowiedzialne przekaźniki. Więc jeśli mąż odmówił w naszym imieniu, to się nie liczy. Kolejne zaproszenie na ten obiad, co nas na nim nie będzie, otrzymujemy za pośrednictwem niepełnoletniego pacholęcia, z którym mamy pecha być genetycznie spokrewnione. I oczywiście odpowiednio pouczone pacholę nie zapomni dodać, że babci będzie bardzo przykro.

Cóż, w takich sytuacjach jest jeden możliwy sposób.  Odbijamy piłeczkę, dzwoniąc z wyjaśnieniem, że niestety  nie możemy przyjść ( z powodu nieżyjącej od 7 lat babci) , ale w drodze rewanżu zapraszamy na wystawny obiad rodzinny w dniu, kiedy –  to wiemy na pewno – teściowie będą na wycieczce w Egipcie, bo od pół roku całą rodziną trzymamy kciuki, żeby im biuro podróży nie zbankrutowało.

W odpowiedzi na tłumaczenie teściowej, że niestety nie mogą, gdyż będą wtedy w Egipcie, mówimy: o, to wielka szkoda, tak się szykowałam. A nie możecie przełożyć?