Jedzenie,  Miejsca

Jedzenie na mieście

Istnieje dość rozpowszechniona opinia, że podróżnika od turysty można odróżnić po łatwości, z jaką adaptuje się do zastanych warunków.
„Kilka wieczorów z rzędu jadłem kolację w garkuchni przy soi 8. – pisze francuski reporter Jean Rolin – Chodziłem tam nie tyle z zamiłowania – gotowano tam nienadzwyczajnie – ile z przyzwyczajenia, bo prawdę mówiąc, nabieranie nowych przyzwyczajeń, równie regularnych i nieodpartych jak w domu, stanowi, przynajmniej dla mnie, samą istotę podróży.”

Ma to z pewnością jakiś głębszy sens. Dzięki, między innymi, stałemu stołowaniu się na mieście, da się przekształcić dwutygodniowy urlop w namiastkę mieszkania w danym miejscu. Owszem, jest to wrażenie mocno powierzchowne, ale bądźmy szczerzy, z dwóch tygodni niewiele więcej da się wycisnąć.

Alternatywą jest jadanie hotelowych posiłków, które niezależnie od szerokości geograficznej, smakują mniej więcej podobnie, czyli nijako. Bo jak może powalać smakiem danie, które zostało tak skonstruowane, by trafiać w gusta zarówno Niemców jak i Rosjan. Włochów, Anglików i Francuzów, a jednocześnie nosić jakieś znamiona miejscowej kuchni. Wiadomo, że jeśli coś ma się podobać wszystkim to w rezultacie nie podoba się nikomu.

Akurat Polaków poznałam od strony ogromnej otwartości na nowe doznania smakowe. Być może wynika to z niszowości naszej kuchni. Ostatecznie trudno wymagać od tajskiego kucharza, żeby nam ugotował krupnik albo zrazy zawijane z ogórkiem kiszonym. Więc nie ma siły – skoro nie można zjeść tak jak w naszym domu, je się tak, jak w ich domu. Dawni kolonialiści mają z tym z kolei spory problem, zapewne wypływający z historycznych zaszłości. W monodramie „Shirley Valentine” bohaterka, która opuściła Anglię, by pracować jako kelnerka w Grecji, opowiada, jak łatwo poznać angielską rodzinę w restauracji. To rozbiegane, przepłoszone spojrzenie, pełne paniki przeglądanie menu. I wreszcie ulga, gdy kelnerka podchodzi, zagajając wyrozumiale : i co podać? Sadzone?

Przekształcenie się z turysty w podróżnika jest dziecinnie proste: należy jadać to, co miejscowi. Z tym, że zastosowanie praktyczne czasem nieco szwankuje.

Cóż, trzeba mieć silny żołądek i jeszcze silniejszą psychikę, żeby skonsumować mięso, leżące przez cały dzień w upale, ku radości much. Pierwsze zdjęcie przestawia stragan uliczny w Bangkoku, a drugie – bazar na Lombok. No i zapomniałam napisać o węchu, który przeszkadza chyba najbardziej.

Zeby się przełamać, oczywiście jeśli ktoś naprawdę tego chce, konieczne jest wyrzucenie z pamięci wszystkiego, czego się nauczyliśmy od mamy, babci i z Kuchennych rewolucji. Czyli zaakceptować fakt, że mycie rąk nie jest aż tak bardzo ważne, jak nam wpojono, a czysta toaleta nie musi być wizytówka knajpy. Czasem w ogóle jej nie ma. Podobnie jak dostępu do bieżącej wody, o którą trudno w przypadku straganów ulicznych. Czasem biorą wodę z pobliskiej rzeki. A jak nie ma rzeki to w ogóle znikąd.

 

Osobiście wychodzę z założenia, że po coś się człowiek szczepi przed wyjazdem. Między innymi po to, by móc spróbować miejscowej kuchni bez ryzyka zejścia śmiertelnego. Doraźnie stosuję zaś środek zapobiegawczy w postaci dużej ilości wysokoprocentowego alkoholu z dużą ilością coca -coli. Odkąd poznałam jej działanie jako odrdzewiacza zapiekłych, wydawałoby się na amen, śrub, wierzę, że ten napój potrafi także wyjałowić mi żołądek z niepożądanych zarazków.

Jeśli chodzi o produkty ze straganów przedstawionych na dwóch pierwszych zdjęciach to przyznam, że jednak nie udało mi się przezwycieżyć wewnętrznego oporu. Ale jadłam na przykład tutaj:

 

Oba grille znajdowały się przy drodze w Wenezueli. To pierwsze to z pewnością był drób. Co do drugiego – wolę nie wnikać, bo nie mam całkowitej pewności, czy aby za życia nie szczekało.  Upewniałam się wprawdzie, szczekając pytająco na właścicielkę restauracji, a ona kręciła głową, że nie. Ale kto ją tam wie, biznes jest biznes.

W obu lokalach brak było bieżącej wody, toaleta wprawdzie była, ale do spłukiwania służył kubełek z wodą, a wejście należało zastawić drzwiami, wyjętymi z zawiasów  i stojącymi obok lady. To taki odpowiednik polskiego pobierania klucza z baru, praktykowanego nadal w niewielkich przybytkach gastronomicznych, żeby nie właził byle kto, tylko goście. No więc w Wenezueli zamiast klucza trzeba było pobrać drzwi, co kraj to obyczaj.

Ale powiem Wam, że w życiu tak dobrego kurczaka nie jadłam jak ta spalenizna z grilla.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *