Miejsca

Zawsze zaczyna się tak samo…

…a potem wrzask, krzyk, ucieczka – mówił Jeff Goldblum w „Parku Jurajskim”. Pomyślałam, że wartałoby było zmienić temat, żebym nie wyszła na jakąś szaloną kinowo – serialową maniaczkę (jestem nią, fakt, ale to nie znaczy, że muszę się z tym obnosić). Więc dziś będzie o inwentarzu żywym. Podobno niemal każdy amerykański nastolatek jest przygotowany na okoliczność przetrwania w przypadku ataku zombie, ale nie wie, jak się zachować np. w obliczu wkurwionego byka. Ja też nie wiem, bo podejrzewam, że sposób naświetlony przez Joannę Chmielewską w „Lesiu” (złapać za ogon i przekręcić) nie jest stuprocentowo sprawdzony. A że niespecjalnie odróżniam byka od krowy, zwłaszcza z daleka,  na wszelki wypadek boję się też krów.

A już zupełnie nie wiem jak postępować ze zwierzem, którego w ogóle nie potrafię zakwalifikować do grupy węższej niż „jakieś ptaszyko” lub „z twarzy podobne do królika”.

I taki właśnie nieokreślony okaz trafił mi się w międzynarodowym hotelu Mis Palafitos w delcie Orinoko. Hotel jest  międzynarodowy w sensie dosłownym – położony jest w Wenezueli,  obsługę stanowią Indianie, goście przyjeżdżają z całego świata, a właściciel jest Grekiem.

Hotel z zewnątrz wygląda tak:

 

A tak przykładowy pokój hotelowy:

 

Od razu mi się tam spodobało i oświadczyłam, że w dupie mam program wycieczki, jeśli o mnie chodzi – zostaję do środy. Na pomoście powitał nas pies z małpą na głowie. Takiego międzygatunkowego uczucia nigdy nie widziałam. Jak ta małpa kochała psa! Zaciskała swoje małe rączki na jego sierści nawet przez sen.

 

Szybko okazało się, że mój mąż, ja i nasz wiecznie zalany przewodnik jesteśmy, nie licząc obsługi, jedynymi ludźmi w obiekcie. Poza tym dość szybko zostaliśmy otoczeni. Nie wiadomo skąd, do psa powitalnego dołączyły dwa inne psy, kot o posturze Garfielda, zgraja małp, dwa tukany i papuga. Ten pochód towarzyszył nam do naszej chatki, a następnie próbował wcisnąć się do środka celem przejrzenia naszych bagaży. Jak się okazało, zaledwie tydzień wcześniej któraś z małp ukradła portfel należący do turysty z Niemiec i pomknęła z nim w las, znacząc drogę kartami kredytowymi. Większość, w tym portfel, udało się odnaleźć, ale banknoty rozwiały się jak sen złoty, zapewne pożarte. Nauczeni niemieckim doświadczeniem, wchodząc i wychodząc z chatki, przeciskaliśmy się przez wąską szparę w drzwiach, próbując odgonić nogą nacierające zwierzęta.

Pomyślałam, że jestem w raju i co tam środa, nigdy stamtąd nie wyjadę.  Nie spłoszył mnie nawet karaluch pod prysznicem, rozmiarów takich bardziej jak z „Zołnierzy kosmosu”. Widać był dobrze odżywiony.

Wieczór odrobinę zmienił moje entuzjastyczne nastawienie. Jedynym oświetleniem w chatce był ogarek, więc mało co było widać, a noce w dżungli są takie, że oko wykol. Kiedy sięgnęłam do wiszącej na wieszaku kosmetyczki po szczoteczkę do zębów, poczułam, że mi się rusza w ręku. Poświeciłam ogarkiem i ujrzałam wylewające się kaskadą z kosmetyczki karaluchy. Widok zupełnie niezapomniany, wypisz wymaluj „Mumia powraca”. Co gorsza, podłoga też się ruszała. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że w takich sytuacjach trzeba wstawić nogi łóżka w miednice z wodą, a nawet gdybym wiedziała to i tak chujnia, bo nie mieliśmy tylu miednic. Okazało się ponadto, że miejsce jest owszem bajkowe, ale wyspać się tam nie sposób. Po krótkim czasie zagrożenie desantem karaluchów przestało mi się wydawać kluczowym zmartwieniem. Dżungla wydawała jakieś dziwne odgłosy, doskonale słyszalne przez ściany z siatki ogrodowej. Wszystko sapało, dyszało, chlupało, a ponieważ noc potęguje wszelkie odgłosy, wydawało mi się, że to wszystko dzieje się tuż obok mojej głowy.

Z trudem wyczekany świt nie przyniósł ukojenia. Wprawdzie z nadejściem brzasku karaluchy zniknęły, za to małpy, zniecierpliwione faktem, że nie mogą się przedostać przez drzwi, podjęły próbę zerwania dachu.  Najwyraźniej niemiecki portfel z poprzedniego tygodnia podsycił ich apetyt. Kiedy się obudziłam, szybko skojarzyłam, dlaczego przez ostatnie minuty śniła mi się bombardowana Warszawa. Małpy działały z bezwzględnością Luftwaffe, chociaż na szczęście nie tak skutecznie.

Kiedy kolejno przecisnęliśmy się przez drzwi na ganek, okazało się, że już wszyscy czekają. Jedna z małp postanowiła wyiskać mój ręcznik.

 

Doszliśmy do wniosku, że ciągła obecność zgrai najbliższych kuzynów trochę jednak działa nam na nerwy, jak to w rodzinie, i żeby odpocząć od małp, postanowiliśmy pójść na spacer.

Możliwości nie było zbyt wiele. Do dżungli nie można sobie tak po prostu wejść na przechadzkę. Pomijając już konieczne przygotowania obejmujące założenie wysokich kaloszy, opatulenie się od stóp do głowy, wypsikanie Offem (który pomaga na jakieś 2 sekundy) oraz zaopatrzenie się w maczetę, trzeba też dysponować sercem jak dzwon i bardzo pojemnymi, wytrenowanymi płucami. W innym przypadku jest wysoce prawdopodobne, że udusimy się najdalej po 20 minutach.  Ponieważ wykończeni niespokojną nocą nie mieliśmy specjalnej ochoty na torowanie sobie drogi maczetą, postanowiliśmy pospacerować po terenie hotelu.

 

 

Kiedy dotarliśmy do końca kładki, okazało się, że jest on okupowany przez ptaszysko. Z twarzy podobne do nikogo. No może trochę do indyka. Początkowo myśleliśmy, że jest wypchane, bo tkwiło bez ruchu jak posąg. Oczywiście zrobiliśmy serie zdjęć i ośmieleni bezruchem ptaszyska, zaczęliśmy się z nim trochę przekomarzać. I to chyba był błąd. Ptaszysko otworzyło oczy i przeskoczyło zgrabnie po barierce metr bliżej nas. Odsunęliśmy się, więc znów przeskoczyło. I tu właśnie sprawdziły się prorocze słowa Goldbluma. Przepychając się na kładce (kto zostanie w tyle, zostanie pożarty), biegliśmy bez tchu w kierunku naszej chatki, a za nami sunęło potężnymi susami złowieszcze ptaszysko. Odpuściło  tuż przez recepcją.

I teraz konkurs czytelniczy: co to mianowicie za ptaszysko? Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie.

 

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *