Gremliny rozrabiają

Znajomi pytają mnie, skąd pomysł, by nazywać własne dziecko Gremlinem i czy to czasem nie obraźliwe. No cóż, ksywka jest przede wszystkim prawdziwa, co nie znaczy, że prawda wyrąbana prosto z mostu nigdy nie obraża. Wie o tym, każdy, kto kiedykolwiek poprosił o szczerą recenzję swojej figury w białych rurkach typu biodrówki. Ale tak uczciwie mówiąc – przypomnijmy sobie fabułę filmu Columbusa, czyż nie jest ona metaforą rodzicielstwa?

Zaczyna się po prostu sielankowo – w domu pojawia się śliczne małe stworzonko, takie pachnące i słodkie, wprost do schrupania. Ciągle chce się je przytulać, głaskać, całować, no i te malutkie paluszki!

Nie zrażamy się nawet tym, że wraz ze słodkim stworzonkiem do naszego domu trafia fura rzeczy, co zmusza nas do lawirowania między łóżeczkiem, stolikiem do przewijania, wózkiem, nosidełkiem i wanienką, a dobrze, wydawałaby się, znana droga z łazienki do sypialni okazuje się być najeżona mnóstwem przeróżnych przeszkód. Do tego bujaczek, pieluchy w zgrzewkach, puszki z mlekiem modyfikowanym, butelki, smoczki, miarki, bety, materacyki i te takie pluszowe miśki, które ganiają w kółko przy akompaniamencie „Somewhere over the rainbow”. Zaczynamy się zastanawiać, jak to możliwe, by istotka mierząca 60 cm potrzebowała takiej ilości gratów, bez których my z naszym metr siedemdziesiąt spokojnie się obywamy. Ale co spojrzymy na małe, rozczulające zawiniątko, serce nam topnieje, no i te malutkie paluszki, spójrz tylko, mają prawdziwe malutkie paznokietki!


Nie wierzymy ludziom, którzy tłumaczą nam, że małe dziecko – mały problem. Jesteśmy głęboko przekonani, że jeśli tylko pozbędziemy się chociaż tej pierdolonej wanienki i landary z budką, złapiemy trochę oddechu, a przynajmniej przestrzeni. No ale nic, bo kiedy tylko dziecina uśmiechnie się słodko, czujemy, że damy radę. I te rozczulające paluszki!

Rzeczy zaczyna przybywać w postępie astronomicznym i ani się obejrzymy jak stajemy się właścicielami grającego nocnika, który reaguje na wilgoć, niestety po 2 tygodniach czujnik się rozregulowuje i daje koncert w najmniej spodziewanych okolicznościach. Na przykład w środku nocy, kiedy ledwo co zasnęliśmy, zmęczeni dwugodzinnym martwieniem się o pieniądze, przyszłość i rachunki, cholerny nocnik budzi nas motywem przewodnim „Pięknej i Bestii” w wersji Disney’a, co w konsekwencji budzi w nas bestię i walczymy ze sobą, by nie jebnąć cholernym nocnikiem w cokolwiek, najlepiej w głowę ofiarodawcy.

Pierwszy etap rodzicielstwa kończy się, kiedy dziecko przestaje się mieścić w pierdoloną wanienkę, którą uroczyście wynosimy na śmietnik, organizując z tej okazji festyn uliczny połączony ze śpiewaniem pieśni ludowych oraz pokazem tańców w strojach regionalnych.

Nawet nie podejrzewamy, chociaż przecież wszyscy nam to tłumaczyli od samego początku, że nasze słodkie dzieciątko z tymi swoimi malutkimi paluszkami, stopniowo zmienia się w rozżartą bestię z filmu Columbusa i tej metamorfozy nikt nie jest w stanie powstrzymać.
Po kilkunastu latach łapiemy się na tym, że mamy w domu wszystkożerną istotę, która jeśli nie rusza aktualnie paszczą, to znaczy, że śpi. W pozostałym czasie albo je, albo gada, a najczęściej jedno i drugie naraz. Jeśli chodzi o jedzenie to, o ile zdążyliśmy pospłacać kredyty przed tym etapem, możemy czuć się wygrani. W kwestii gadania sprawa jest prostsza, bo wystarczy opanować 2 podstawowe komunikaty: jeśli dziecko nas kocha i uwaza, że jestesmy wporzo, to znaczy, że coś od nas chce (przeważnie kasę). Jeśli nas nienawidzi i pragnie, zebyśmy umarli, to znaczy, że my chcemy coś od niego (przeważnie, żeby posprzątało w pokoju albo poprawiło oceny). Reszta gadania to z reguły pochodne lub rozwiniecie.


Po 17 latach od dnia, gdy w domu pojawiło się małe stworzonko tak słodkie, że nie dalibyśmy wiary, że kiedykolwiek stracimy ochotę, by je przytulać i sztachać się niebiańskim zapachem niemowlęcej główki, zaczynamy unikać wchodzenia do jego pokoju bez maski gazowej i kaloszy, planując w niedalekiej przyszłości zakup odzieży ochronnej stosowanej przez służby oczyszczania miasta. O ile po ogarnięciu niepohamowanych apetytów Gremlina, coś nam zostaje z pensji, przeznaczamy to nie na własne rozrywki (Boże broń! –  poprzednie nasze wyjście wieczorne skończyło się imprezą na 30 osób, wzywaniem policji i zmywaniem rzygów rozwleczonych po całej klatce schodowej) ani na zakup trzeciego zimowego płaszcza (poprzednie dwa zostały przejedzone), lecz na kupno farby do włosów celem przykrycia postępującej siwizny oraz znieczulające używki.

Tak, nie owijając w bawełnę, wygląda wspólczesny model rodzicielstwa. Oczywiście nikt Wam tego szczerze nie powie, na szczęście macie mnie.