Episodes

Zacznę od osobistego wyznania: nie potrafię patrzeć krytycznie na brytyjskie produkcje. Nikt, moi zdaniem, nie potrafi robić telewizji lepiej niż BBC. Tematyka w zasadzie nie ma znaczenia. Bez względu na to, czy jest to serial, program kulinarny, o sprzątaniu czy na temat wystroju wnętrz, wciągam się momentalnie i po upływie pięciu minut zaczynam obgryzać paznokcie z nerwów, czy ta rdza z kranu jednak zejdzie i czy bohaterom programu uda się, po wielu mrożących krew w żyłach perypetiach, dobrać zasłony do tapet.  Jednym słowem, wszystko co wyprodukują Brytyjczycy z góry uważam za lepsze od wszystkiego, co wyprodukują Amerykanie (o polskiej telewizji nie wspomnę, bo już i tak mnie głowa boli). Nie wiem, może to przez ten akcent, który potrafi podrasować każdy temat.

„Episodes” to dwa krótkie sezony, wyprodukowane wspólnie przez BBC i Showtime. Pierwszy, wyemitowany w zeszłym roku, liczy 7 odcinków, tegoroczny – o 2 więcej.  Trzeciego, na chwilę obecną, prawdopodobnie nie będzie. I, biorąc pod uwagę zamkniecie wątków, które nastąpiło w ostatnim odcinku, to może i lepiej.

Tematykę „Episodes” bardzo celnie zajawia trailer, który wyjątkowo nie jest zlepkiem scen z serialu, ale zupełnie odrębnym filmikiem, stanowiącym zamkniętą całość. Znany wszystkim fanom  „Przyjaciół” Matt LeBlanc zostaje przez swojego agenta skierowany na casting do roli… Matta LeBlanca. Co gorsza, jak się okazuje, wcale nie jest faworytem w tym wyścigu. Bo facetów w czarnych skórzanych kurtkach, mamroczących „How you doin” jest całkiem sporo.

Trailer niestety znika mi z bloga, ale na facebooku trzyma się mocno, więc jakby ktoś był zainteresowany to zapraszam na profil Ewoka.

Jak można wywnioskować z trailera, „Episodes” są serialem o kulisach amerykańskiej telewizji, a konkretnie o powszechnej praktyce pozyskiwania telewizyjnych hitów z innych krajów i przerabiania ich na zasadzie: jaki to fantastyczny serial, jest tak dobry, że wszystko w nim zmienimy.

 

Para brytyjskich scenarzystów, która stworzyła cztery sezony przebojowego serialu o dyrektorze nobliwej angielskiej szkoły, faceta w średnim wieku i ze sporą nadwagą, zwabiona obietnicą pełnej swobody twórczej, ląduje w Los  Angeles, gdzie okazuje się, że główną rolę zamiast wszechstronnie wykształconego erudyty z Royal Shakspeare, ma zagrać Joey. I nie będzie on, ze względu na osobiste ograniczenia, dyrektorem elitarnej szkoły z internatem, lecz trenerem drużyny hokeja. A do roli szkolnej bibliotekarki, pierwotnie starej panny, prawdopodobnie lesbijki, zostaje wytypowana blond-seksbomba, uzależniona od operacji plastycznych.

Co gorsza, małżeństwo brytyjskich scenarzystów, narażone na liczne pokusy zepsutego  światka amerykańskiego  show biznesu, zaczyna chwiać się w posadach. Ale kiedy tylko, w przekonaniu, że wyprodukowany przez nich pilot jest totalną klapą, zaczynają pakować walizki, następuje nieoczekiwany zwrot akcji.

Z pewnością nie jest to serial, przy którym można zrywać boki ze śmiechu. Większość gagów opiera się na dialogu, dlatego lepiej oglądać bez napisów. Niuanse są raczej subtelne, nie w stylu „ha, ha, ha, ale pojechał”, choć zdarzają się i takie, głównie po stronie amerykańskiej. Nie jest to z pewnością pogłębiony psychologicznie elaborat na temat różnic kulturowych, choć występują one na pierwszym planie. Satyra na amerykański przemysł rozrywkowy także ma nieco stępione ostrze, zapewne twórcom przyświecała myśl, ze nie godzi się srać we własne gniazdo.

Więc właściwie o co chodzi?

Moim zdaniem urok tego serialu opiera się na dystansie do siebie, jaki mają główne postacie serialu. Grająca bibliotekarkę, uzależniona od chirurgii plastycznej Morning, starannie ukrywa swój wiek, czasem tylko wymsknie się jej, że palenie rzuciła w latach 70-tych, a jej rodzice dobiegają 90-tki. Matt LeBlanc trzyma w tajemnicy fakt, że nikt z obsady „Przyjaciół” nie chce mieć z nim nic wspólnego po tym, jak wszystkich obraził i obsikał Jennifer Aniston statuetkę Emmy i w samotnej frustracji próbuje walczyć z nadwagą. Bo aktor amerykańskiej produkcji musi trzymać formę.

 

Małżeństwo brytyjskich scenarzystów, próbujące odnaleźć się w świecie, którego nie rozumie, nagle odkrywa, że jednak dało się kupić. Ich próby zaakceptowania tej nieoczekiwanej sytuacji, tak aby mimo wszystko móc patrzeć na siebie w lustrze, wydają się niewyczerpanym źródłem humoru. Do tego prezes kalifornijskiej filii stacji, prymityw rzadkiej miary i zakochana w nim bez pamięci podwładna, o której wszyscy wiedzą, że przewyższa go pod każdym względem, oprócz niej samej.

Podsumowując, zależy, czego oczekujemy po serialu. Jeśli lubimy mieć wszystko podane na tacy, a każdy dowcip sygnalizowany śmiechem z offu, żebyśmy czasem nie przeoczyli to z pewnością nie jest to dobra propozycja. Ci, którzy wolą sami decydować, co ich bawi, zapewne uznają „Episodes” za serial nie obrażający ich inteligencji. A o takie coraz trudniej.