Kultura

Cougar Town powstaje

 

Przyznam, że serial zaczęłam oglądać z tęsknoty za Przyjaciółmi. Właściwie większość seriali komediowych, opowiadających o grupie bliskich znajomych, budujących wspólnie konstrukcję przypominającą zastępczą rodzinę, oglądam z tego właśnie powodu. Niektóre okazują się wielkim rozczarowaniem, jak np. How I Met You Mother, który wszelako miałby sens, gdyby został zamieniony w Barney Show, a  producenci zadbaliby o to, by Neil Patrick Harris pojawiał się w każdej scenie (odpadłaby konieczność przewijania). Inne początkowo rokują świetnie (pierwsze dwa sezony Community i The Big Bang Theory), po czym staczają się tak, że przykro patrzeć.  I właśnie kiedy już myślałam, że Cougar Town podzieli ich smutny los, niespodziewanie okazało się, że jednak  podźwignął się z dna.

Produkcja sama w sobie sprawia wrażenie kosztownego eksperymentu, tak jakby twórcy pomyśleli sobie – no dobra, zaczniemy w ten sposób, a potem się zobaczy.  Trzeba im oddać sprawiedliwość, że stąpali po dość grząskim gruncie. Przygody ‚kocicy” w średnim wieku, która po odchowaniu syna i rozwodzie, chce się zabawić i odzyskać stracone w pieluchach lata, to chyba nie jest temat łatwo przyswajalny dla konserwatywnych Amerykanów pokładających ufność w maminej szarlotce, świętości rodziny i dzielnych chłopcach na froncie (jakimkolwiek). Zwłaszcza z tą świętością rodziny może ciut zgrzytać. Bo chociaż świat bez większych kłopotów akceptuje uganiających się za młódkami geriatryków to „kocice” woli zamiatać pod dywan. Wystarczy przypomnieć sobie, jakie zgorszenie wzbudził film HBO o seksturystyce w Egipcie. To jest coś, o czym wolimy nie wiedzieć.

 

Przyznam, że początkowo miałam żal do twórców Cougar Town, że po świetnym początku zdecydowali się jednak pójść na łatwiznę i nawrócić główną bohaterkę na monogamię. W ten sposób serial stracił cały swój anarchizujący urok, a miał imo szansę stać się tabu -łamaczem. No ale to nie Showtime ani HBO, więc nie wymagajmy za wiele.

Mimo to uważam, że przez tę zmianę scenarzyści przebrnęli z wdziękiem i pierwszy sezon naprawdę im się udał. Niestety drugi to była masakra.

Za największą wadę uważam stąpanie poomacku, bez jakichkolwiek śladów perspektywicznego myślenia. Tak jakby najważniejsze było sklecenie na kolanie najbliższego odcinka, a co będzie dalej – któż to wie, może nas na przykład zdejmą. Czasem nawet odnosiłam wrażenie, że scenarzystom wręcz na tym zależy, do tego stopnia brak im pomysłów. W każdym odcinku pojawiała się jakaś nowa gra towarzyska i  próba zapełnienia  nią wspólnie spędzonego czasu, przez co zaczęłam podejrzewać, że grupa głównych bohaterów w gruncie rzeczy przeogromnie się męczy w swoim towarzystwie i nie potrafi ze sobą wytrzymać na trzeźwo i bez gierek. Jules stała się już zupełnie nie do zniesienia i zastanawiałam się, czemu jeszcze ktokolwiek z nią wytrzymuje. Na liście moich znajomych dla kapo z obozu koncentracyjnego zabrakło na przykład miejsca, no ale co kto lubi.

Drugi sezon zakończył się decyzją stacji o zesłaniu Cougar Town do midseason i ten kubeł zimnej wody najwyraźniej podziałał. Trzeci sezon okazał się świetny. Przede wszystkim bohaterowie, którzy przez cały rok siedzieli na kanapie, chlejąc wino, wreszcie ruszyli dupy i zaczęli coś robić ze swoim życiem.  Twórcy zaczęli ich ponownie pokazywać w scenerii innej niż salon/kuchnia Jules i na działaniu innym niż tylko knucie , jak się wzajemnie wykiwać.

Ja rozumiem, że sitcom rządzi się własnymi prawami i nie ma sensu przykładać go do realnego życia. Jednak fakt, że bohaterowie ewoluują, sprawia, że wydaje się ciut bardziej prawdziwy. Tacy byli Przyjaciele. W ciągu tych 10 lat pozmieniali prace, partnerów, dojrzeli wewnętrznie (oprócz Joey’a), zmienili się. To ma sens, bo widownia w tym czasie także posunęła się o dekadę i zaczęła mieć inne problemy.

Spójrzcie jakie to wkurzające z punktu widzenia hipotetycznego fana danego serialu: kończę studia, a ci dalej siedzą na tej kanapie, wychodzę za mąż, a ci grają w monetopuszkę. Rodzę dziecko, a tamci właśnie wykańczają kolejny karton wina i kłócą się wciąż o to samo. Ergo – przestaję oglądać, bo co mi po jakiś ludziach, którzy nie potrafią nawet wstać z tej kanapy, a ja tu w międzyczasie kawał roboty odwaliłam.

Odnoszę wrażenie, że scenarzyści Cougar Town też mają za sobą podobne refleksje, bo w 15 odcinkach spróbowali odzyskać zmarnowany w drugim sezonie czas i wyprowadzić bohaterów na prostą. Konieczne okazały się skróty, które jednak w imię wyższego dobra jestem w stanie łyknąć jak np. wyskakujące znienacka dziecko. No ale najważniejsze, że Jules trochę się uspokoiła i skojarzenie z obozowym kapo nieco przyblakło.

Nie miałabym w sumie nic przeciwko temu, by serial zakończył się na trzecim sezonie. Ceremonia na plaży wydaje mi się całkiem dobrym zamknięciem wątków, zwłaszcza, że jak już pisałam zalety trzeciej części rekompensują wpadki drugiej.  Cougar Town mógłby przejść do historii jako dwuipółsezonowa zamknięta całość, do której chętnie się wraca w przypadku chandry czy przedłużającej się anginy.

 

SPOJLER!!!

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *