Kultura

Bane

 

No dobrze, być może komiksy, fantasy i superbohaterowie nie należą  do dziedziny, którą intuicyjnie zaliczamy do kręgu zainteresowań 40-letniej kobiety. Przyznaję, że było sporo czasu, żeby z tego wyrosnąć. Jak widać nie wszystkim się udało i w niektórych 40-tkach pozostało coś z małego chłopca, którym nigdy nie były. Z szybkiego przeglądu widowni w kinie wiem, że jest nas więcej.

Przechodząc do meritum – jestem zdeklarowaną fanką geniuszy zła. Filmy z serii bondowskiej mam poukładane w pamięci nie według odtwórców roli agenta 007, ale według czarnych charakterów. Poza tym  uwielbiam profesora Moriarty’ego, Jokera w obu kreacjach aktorskich, Hannibala Lectera, Dartha Vadera, Sarumana,  Voldemorta i Freddy’ego Krugera. Pułkownik Hans Landa skradł moje serce i teraz za każdym razem kiedy widzę Christophera Waltza w jakimś filmie, podświadomie podejrzewam go o jakieś wyrafinowane matactwa. Kupuję nawet Lokiego, chociaż nie mam najlepszego zdania o ekranizacji „Avengers”.

Z „Mrocznym rycerzem powstaje” mam więc kłopot taki, że Bane’a nie kupuję wcale. W komiksach pełni on rolę Nemezis Batmana, jedynego człowieka, który potrafił go złamać ( w sensie dosłownym). W filmie Christophera Nolana jest niczym więcej jak puszącym się widykatorem haraczy z Charkowa, chaotycznie wywijającym kałaszem.

Po takim sobie „Batmanie – początku” i epickim „Mrocznym rycerzu” liczyłam na bardziej spektakularne zakończenie trylogii.

SPOJLER!!!!

Niespodziewane przeniesienie akcentów w stylu : sorka, geniuszem zła jest jednak zupełnie ktoś inny, ale z was głąby, żeście nie zgadli, w niczym nie pomaga, a wręcz przeszkadza. Jeśli już robić coś takiego to z zachowaniem reguł kryminału, czyli czytelnik powinien dysponować tymi samymi danymi, co Herkules Poirot i jeśli nie zgadł to faktycznie jest tępakiem.

Bycie geniuszem zła to nie jest łatwy kawałek chleba. Trzeba zbudować zapierającą dech w piersiach tajną kryjówkę, pozyskać wyznawców,  wyprać im mózgi, zorganizować kilka spektakularnych akcji, które rzucą świat na kolana, a przede wszystkim mieć jakiś mroczny plan.
Tutaj tego wszystkiego zabrakło. Kryjówka taka sobie – wilgoć, szczury, grzyb na ścianach i tylko jedno przejście zamykane na fotokomórkę, w porównaniu choćby z Dr. No to przedszkole, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę postęp techniczny. Najemnicy też nie sprawiają wrażenia przekonanych, a mroczny plan ogranicza się do zrobienia rozpierduchy ad hoc, z niejasną perspektywą dalszego rozwinięcia.

Jeśli ktoś spytałby mnie konkretnie, co poszło nie tak, nie byłabym w stanie odpowiedzieć jednym słowem. Niby wszystko jest – dramat jednostki, efekty specjalne, piękne zdjęcia, nawet aż dwóch everymanów, z którymi każdy może się identyfikować, postawionych w sytuacji wymagającej heroizmu plus jeden nawrócony, który ginie bohaterską śmiercią, wygimnastykowana włamywaczka anarchistka, która przeżywa spektakularne oświecenie, sąd ludowy, nawiązujący do Kafki oraz „daddy issue”. Zabrakło, nie wiem, jak to wyrazić… Ducha może. Jakiegoś wewnętrznego przekonania reżysera, że to wszystko jednak ma sens i da się zlepić w spójną całość.  Zabrakło tego powiewu geniuszu, nie tylko zauważalnego, ale wręcz namacalnego w poprzedniej części.

Zeby było jasne – wiem, na co wybieram się do kina. Gdybym chciała obejrzeć pogłębiony dramat psychologiczny, nie poszłabym na Batmana. Nie przeszkadza mi, że w sytuacji gdy do wybuchu bomby, która zmiecie całe miasto, pozostało półtorej minuty, bohaterowie postanawiają sobie wyjaśnić wszystkie zaszłe problemy, a czas leci. Ani przedłużający się monolog Michaela Caine’a w epilogu, zresztą Caine’a mogą słuchać godzinami, chociaż może z ciut mniejszą estymą niż Alana Rickmana. Nie przeszkadzałaby mi nawet długość filmu, gdybym tylko miała poczucie, że do czegoś zmierzamy. Po prawie trzyipółgodzinnym „Powrocie króla”  miałam wrażenie, że dopiero co usiadłam w fotelu, więc wytrwałości mi nie brakuje. Czy to małostkowe, że chciałabym dostać coś w zamian?

 

Jednak za najgorsze, co mnie spotkało w kinie uważam jednak trailery. Nowa „Pamięć absolutna”,  nowy „Wielki Gatsby”, czy to znaczy, że teraz już tak będzie?  Będziemy kręcić się za własnym ogonem, ubierając stare filmy w nowe efekty? Ze już nic odkrywczego nie powstanie? Powinnam była się domyślić  po „Kac Vegas”, który uzyskał miano kultowego w ile? – 3 tygodnie? Powiem tyle – za moich czasów to trwało znacznie dłużej.

4 komentarze

    • Ewok

      Dzisaskrajst, no przeciez! Z Keira, o ile dobrze kojarze. Plus niedawno zapodane swieżynki: Wichrowe i Jane Eyre – to akurat usprawiedliwiam, lepszego Rochestera niz Fassbender nie moglabym sobie wyobrazic

  • Lika

    A mnie od razu urzekły kostiumy w Wielkim Gatsby i wiem, ze obowiązkowo muszę zobaczyć.
    Co do sedna wpisu, to jak już ustaliłyśmy „jestem za stara” na takie filmy:), wiec podobało mi sie umiarkowanie.Z filmu wyniosłam cztery myśli/wnioski:- wspinaczka skałkowa- umiejętność która może sie bardzo przydać,- kolejne potwierdzenie,ze noszenie wysokich obcasów jest przydatne w życiu,- pytanie- Czy jak sobie przyczepie prześcieradło do pleców i pozwolę mu powiewać na wietrze, to mój lęk wysokości zniknie?- niezwykle odkrywcza refleksja na jeden z kardów filmu:)
    – cudny tekst do zastosowania w pracy- Czy naprawdę nadal czujesz sie tu szefem?!- ale koleżanka mi uświadomiła ,ze musiałabym położyć mu reke na ramieniu i odpadło.

    Dluzyzny okrutne. Bane mógłby choc charczeć przez tą maskę moze ciut splendoru Vadera, by nań splynęło.A tak był mdły jak Batman.

    Trailer/ teledysk Kultu do „Yumy”, w stylu Cin City, mi sie strasznie podobał ,choć mam obawy ,ze to bedzie najlepsza cześć tej produkcji.

    • Ewok

      Nie na takie. To jednak, mimo że o Batmanie, inny poziom niż filmy dla egzaltowanych nastolatek.
      Jeśli chodzi o maskę to też uważam jej potencjał za niewykorzystany. Zdecydowanie zabrakło charczenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *