Strach przed lataniem

U Eriki Jong to była metafora. W moim życiu tytuł ten należy niestety interpretować dosłownie. W poczekalni u dentysty przeczytałam niedawno  (w Claudii/Urodzie/Twoim Stylu/Zwierciadle) dobre rady na okoliczność paraliżującego strachu przed samolotami. O ile dobrze zrozumiałam, wszystkie sprowadzały się do jednej: spróbuj o tym nie myśleć.  Bardzo celna wskazówka. Znam mnóstwo osób, które się do niej stosują. To ci  znieczulający się wysokoprocentowym alkoholem jeszcze przed wywleczeniem walizek z domu. Jeśli spotkacie na lotnisku kogoś, kto natychmiast po odprawie pierwsze swoje kroki kieruje do Duty Free, żeby mu broń Boże poziom promili nie spadł, to z pewnością będzie mój znajomy. Albo przynajmniej osoba, z którą odczuwam silne pokrewieństwo dusz.
Jednakowoż od jakiś 10 lat, kiedy to znieczuliłam się tak skutecznie, że na lotnisku w Antalyi próbowałam zwędzić cudze walizki i kontynuowałam kradzież również po tym, jak pojawiła się ich właścicielka,  zrezygnowałam z tego sposobu. Wakacje są zbyt krótkie, żeby tracić 3 dni na trzeźwienie.  Od tamtego czasu  preferuję mocne tabletki usypiające, które w ciągu pół godziny redukują mi mózg do poziomu Sajmona ze „Zgonu na pogrzebie”. W zwykłych naziemnych okolicznościach ścięłyby mnie z nóg, ale na lotnisku tylko przekształcają mnie w zombie. Ich ubocznym skutkiem jest niepamięć wsteczna, więc za każdym razem zachodzę w głowę, jakim sposobem udało mi się po przylocie opuścić lotnisko i to na dodatek z własnym bagażem.  Ale to nawet fajne uczucie, coś jak teleportacja (tylko trzeba uważać, żeby się mucha nie zaplątała).

Inną radą było kolekcjonowanie dobrych wspomnień z lotu, co podobno w jakiś magiczny sposób sprawi, że samolot zacznie nam się dobrze kojarzyć i w ten sposób przełamiemy lęk. Tego też kiedyś spróbowałam, ale skończyło się na oddychaniu w torebkę i próbą ubłagania towarzyszącego mi małżonka, by przywalił mi w głowę i dopilnował, żebym się szybko nie ocknęła. Niestety nie podjął się tego wyzwania w związku z czym dwudziestominutowy lot z Bali na Lombok  rozklekotaną maszyną linii ujętych na „czarnej liście” zapamiętałam jako najdłuższą udrękę w moim życiu.

Fakt, że przy swoim panicznym strachu przed lataniem,  podróżuję różnymi ryzykownymi środkami podniebnego transportu, uważam za jakiś złośliwy chichot losu.  Cóż, tak właśnie jest.

Do samolotu, który miał nas zabrać z wysepki na Malediwach, dowieziono nas łodzią. Lotniskiem okazała się niewielka platforma na wodzie, na dodatek kiwająca się na wszystkie strony, bo akurat nadszedł szkwał i były spore fale. Kiedy już myślałam, że jeśli tylko uda mi się nie spaść i zostać pożartą przez rekiny, to nic gorszego mnie nie spotka,  koło platformy wylądował samolot na płozach i wyskoczyło z niego dwóch pilotów umundurowanych w klapki oraz kąpielówki Speedo. Samolot bujał się we własnym rytmie, a my z walizkami na platformie, w zupełnie niekompatybilnym i poważnym wyzwaniem wydawało się zgrać to wszystko. Do tej pory podejrzewam, że udało się tylko cudem.

Dużo później dowiedziałam się, że tego rodzaju samoloty uchodzą za najbardziej niebezpieczny środek transportu na świecie i wymagają wyjątkowych umiejętności i precyzji, w związku z tym jedynymi ludźmi, którzy potrafią je prowadzić są kanadyjscy piloci.

Wprawdzie u tych dwóch, których spotkałam na roztelepanej tratwie na środku Oceanu Indyjskiego, nie dostrzegłam jakiś widocznych objawów geniuszu, ale rzeczywiście kąpielówki i klapki nie gwarantują poważnego wyglądu. Pewnie dlatego Nagrodę Nobla odbiera się zwykle we frakach.

W Wenezueli nasz środek transportu był składany na bieżąco, kiedy jasne się stało, że znaleźli się chętni na pasażerów.  W oniemiałym stuporze obserwowałam tłuczenie młotkami w blachę, prostowanie skrzydeł  oraz tankowanie, w którym uczestniczyli piloci, beztrosko palący papierosy tuż obok cysterny z paliwem. Jak wyjaśnił nasz przewodnik, samoloty pochodzą z radzieckiego demobilu. Nie rosyjskiego. To oznacza, że maja z górą 20 lat.

„Oj, no co się tak przejmujesz? – zagaił nasz przewodnik – Będzie dobrze.”
„Wolałabym, żeby jednak przyspawali tę deskę rozdzielczą…”

 

Deska rozdzielcza wyglądała tak:

Okazało się, ze zgodnie z moimi obawami, nie została prawidłowo podłączona, albo coś się w międzyczasie poluzowało, bo w trakcie lotu pilot stracił łączność ze wszystkim. Najpierw nerwowo stukał w słuchawki, ale potem widocznie uznał, że na chuj  mu nie działające słuchawki, więc wręczył je mojemu mężowi i zaczął z całej siły tłuc pięściami w deskę rozdzielczą. Najwyraźniej miał już ten sposób wcześniej opracowany, podobnie jak kiedyś właściciele maluchów, odpalających na szczotkę do zamiatania, bo podziałało.

Jak wykazały późniejsze doświadczenia, duże jednostki latające, należące do wiodących linii lotniczych, także nie gwarantują sukcesu.
Byłam bardzo podekscytowana faktem, że lecimy półtorapiętrowym samolotem należącym do Thai, gdyż uznałam, że taki duży, porządny samolot nie ma prawa się zepsuć. Zresztą oceńcie sami – prawda, że wygląda poważnie i nobliwie?

A tak wyglądał jeden z panów, którzy powitali nas na lotnisku w Bangkoku po informacji pilota, że podwozie wysunie się albo też nie, a na pokładzie nie ma ani jednej wróżki, żeby mogła to ocenić z całą pewnością.