Niejaki Stroncyłow

Jak nie omieszkałam się pochwalić, pod koniec czerwca miałam okazję obcowania z kulturą wysoką. Teatrem znaczy. Od tamtej pory  złożona publicznie obietnica recenzji sztuki wisi nade mną jak miecz Damoklesa i wywołuje silne poczucie nieodrobionych lekcji. I w sumie pora nie jest wcale dogodna, bo wakacje, więc kto myśli o lekcjach, zwłaszcza nieodrobionych? Ale „niejaki Stroncyłow” ciągle za mną łazi i domaga się uwagi. Chociaż zupełnie nie od tej strony, którą zakładałam.

W sztuce Wiktora Szenderowicza „Ludzie i anioły”  fabułę rozgrywają  dwie postacie:  Paszkin Iwan, z zawodu człowiek oraz niejaki Stroncyłow, który swoją przyszłość zawodową związał z niepewnym stanowiskiem anioła do spraw eksterminacji. Co tu kryć, robotę ma parszywą. Chodzi po ludziach i po podpisaniu odpowiednich dokumentów, wysyła ich do Bozi.  Wprawdzie wszyscy mniej lub bardziej podejrzewają, że jest to spotkanie nieuchronne, ale kiedy przyjdzie co do czego, próbują negocjować.

Andrzej Zieliński w sztuce „Ludzie i anioły”, Teatr Współczesny, Warszawa

Jako zdeklarowana fanka wszelkiego rodzaju show z udziałem celebrytów, początkowo byłam nieco zdezorientowana faktem, że żadnego z aktorów nie rozpoznaję z popisów tanecznych, wokalnych czy z zakresu jazdy figurowej na lodzie. Nauczyłam się już jednak, że jeśli ma się do czynienia z taką sytuacją, to tylko lepiej dla nas. Może się bowiem okazać, że trafiła nam się rzadka okazja obcowania z artystami. Nie z celebrytami. A o to obecnie coraz trudniej.

Po czym poznać prawdziwego aktora? Przede wszystkim po wyszukiwarce na Pudelku. Jeśli nie znajduje nazwiska  to znaczy, że  jest dobrze. Jeśli jeszcze aktor potrafi wylegitymować się czystym kontem w Zyciu na gorąco Show oraz Rewii, to już można spokojnie odstawić torebkę i skoncentrować się na przekazie artystycznym.

Zakwalifikowany do  zakończenia ziemskiego żywota w trybie natychmiastowym Paszkin, okazuje się moskiewskim cwaniaczkiem, handlującym karmą dla psów. Wiadomo więc, że użyje wszelkich możliwych sztuczek, by opóźnić swoją wycieczkę na tamten świat.  Polak zrobiłby tak samo. I Czech pewnie też.

Ale ja w sumie nie o tym. W trakcie rozmowy z Paszkinem, anioł przedstawiający się jako „niejaki Stroncyłow”  próbuje nawiązać z nim nić porozumienia, odwołując się do uznanych dzieł literatury światowej. Paszkin niestety dość szybko wymięka, gdyż literatura najwyraźniej nie jest jego życiowym hobby.

Sławomir Orzechowski, Andrzej Zieliński i  Zbigniew Suszyński w sztuce „Ludzie i anioły”

Doskonale wiem, jak czuje się Stroncyłow. Ja czuję to samo przy okazji każdej, nie, poczekajcie… tak, każdej rozmowy z moim synem. Podczas wspólnego urlopu w Augustowie przeprowadziliśmy rozmowę na temat „Nad Niemnem”. Zaproponowałam, by syn nakreślił mi pokrótce fabułę,  żebym wiedziała, że przyswoił.  Od razu pojawił się problem głównej bohaterki, która, zdaniem mojego syna, miała na imię Cathy, a moim raczej Justyna. Kiedy już rozprawiliśmy się z Justyną (to jednak nie ona), miałam 33 proc. szans: „Wichrowe Wzgórza”, „Na wschód od Edenu”, „Chujwieco”.  Syn szedł w zaparte, że chodzi o „Nad Niemnem” i bohaterka na sto procent trafia do domu publicznego. Z taką interpretacją Orzeszkowej jeszcze się nie spotkałam, chociaż oczywiście nie przeczę, że obecnie literatura polska bywa interpretowana w odkrywczy, nowatorski sposób, a ja za nic nie chcę zabijać w dziecku innowacyjności. Nie jestem przecież na bieżąco, może już powstał sequel, w którym Justyna zostaje sprzedana przez Bohatyrowiczów do tureckiego burdelu, co mogłoby chwycić, zwłaszcza ekranizacja. Zakładając, że Różyc okazuje się jednak być zombie, a każdy przyzna, że sprawiał takie wrażenie, a w finale z grobów powstają powstańcy (co sama nazwa sugeruje) i wgryzają się w każdą napotkaną szyję, to mógłby być hit.

Mój Dziadek mawiał, że odkąd zrezygnowano z klasycznej edukacji, opartej na łacinie, grece i pamięciowym opanowaniu materiału, cywilizacja chyli się ku upadkowi. Nie do końca się z nim zgadzałam, gdyż mimo pamięciowego opanowania podstaw łaciny, większości Pana Tadeusza oraz prawie całego Wesela, nie sądzę, żeby mnie to szczególnie ubogaciło, chociaż liczę na opóźnionego Alzhaimera, a może i nawet brak.

To co mam  powiedzieć o Gremlinie, wykształconym moją ciężką krwawicą, który nie odróżnia „Na wschód od Edenu” od „Nad Niemnem”? I niech mi nikt nie wypomina, że Niemen leży  jednak na wschód, bo to nawet, kurwa, nie są podobne okolice!

No dobrze, poniosło mnie. „Ludzie i anioły” – luks sztuka, polecam. Co do rodzicielstwa – uczucia mieszane, powiedzmy, że na własną odpowiedzialność.

 

 

Wiktor Szenderowicz

LUDZIE I ANIOŁY

(Dwa angieła, czetyrie czełowieka)
Komedia, Teatr Współczesny w Warszawie, przekład: Jerzy Czech

Obsada:  Iwan Paszkin (człowiek) – Sławomir Orzechowski (nominacja do Feliksa 2008/2009
Niejaki Stroncyłow – Andrzej Zieliński (laureat Feliksa  2008 /2009)
Notariusz – Zbigniew Suszyński
Lekarz- Leoan Charewicz
Sanitariusz- Michał Piela/ Sebastian Skoczeń
Likwidator- Janusz R. Nowicki

Reżyseria: Wojciech Adamczyk

Scenografia: Marcin Stajewski