Mało

Bywają takie dnie, kiedy własna skóra wydaje się zbyt uciążliwym odzieniem. Nie wiem w sumie jak to jest z tym ociepleniem klimatu, ale osobiście mam wrażenie, że takich dni jest coraz więcej. Rano asekuracyjnie  uciekłam za miasto, ale ulga nie była specjalnie zauważalna. Chociaż oczywiście jeśli już dogorywać z gorąca to lepiej pod gruszą na dowolnie wybranym boku niż w nagrzanym blokowisku.

Niestety musiałam wrócić z powodu zębów. Nie moich, tylko Gremlina. Okazało się, że jego wytrwała polityka olewania tej części ciała przynosi spodziewane rezultaty, a nawet lepiej. Liczyłam na maksymalnie dwa ubytki, ale dentystka rozwiała moje nadzieje, odkrywając siedem. Podjęłam  próbę negocjacji i ostatecznie stanęło na pięciu.

Na podwórku przed gabinetem asfalt zaczął się topić i pies rzecz jasna centralnie wdepnął w płynną smołę. Dlaczego, jak się pytam, to wszystko akurat mnie spotyka? Z pewnością istnieją gdzieś kobiety, które mieszkają w centrum miasta z widokiem na góry od strony salonu i morze  – z sypialni, których dzieci mają zdrowe zęby, dbają o nie, myją po każdym posiłku i płuczą elmexem, a ich psy lewitują.  Dlaczego ja to ja, a nie na ten przykład taka kobieta?

No nic, pomijając już tę krzyczącą niesprawiedliwość losu, z silnym postanowieniem ucieszyć się z tego, czym aktualnie dysponuję, wybrałam się wieczorem do restauracji na hinduskie. Przy okazji powstał dolegliwy problem odzienia. Jak już wspomniałam, własna skóra jest dla mnie wystarczającym wyzwaniem konfekcyjnym przy temperaturze powyżej 30 stopni C, wszelako do restauracji nie wpuszczają w samych gaciach. To znaczy nie wiem na pewno, bo nigdy nie próbowałam, ale mam uzasadnione podejrzenia. Chodzi więc o to, żeby się ubrać, ale tak bardziej niezauważalnie. Niezauważalnie dla nas, bo otoczenie nie powinno się kapnąć, że w gruncie rzeczy jesteśmy gołe, czyli chodzi o efekt odwrotny niż w przypadku nowych szat cesarza. Ważne, żeby mieć na sobie jak najmniej, ale jednocześnie sprawiać wrażenie kompletnie ubranych.

Nie jest tajemnicą, że mam konkretny odpał na punkcie małych czarnych różnego zastosowania. Jak słońce zajdzie, kolor traci na znaczeniu (bo wystrojenie się w czerń na skwar wymaga silnej motywacji, np. religijnej i tu islam jest nie do przecenienia), natomiast zaczyna liczyć się tkanina i stopień przywieralności do ciała. Warto na taką okoliczność mieć parę ubrań z gatunku „niby nic”. Może to „parę” brzmi absurdalnie w klimacie, który przewiduje około 60 dni słonecznych rocznie, ale wierzcie mi – upalny dzień, jeśli już się trafi, liczy się potrójnie. Funkcję „niby nic” pełnią z reguły różnego rodzaju plażówki na ramiączkach i pochodne, ale są firmy, które wychodzą naprzeciw oczekiwaniom i potrafią stworzyć „niby nic” na różne okazje. Chodzi zasadniczo o to, by ciuch nie posiadał talii, biustu, zaszewek, paska  i w ogóle tak się po człowieku obślizgiwał. Znalazłam taki, uszyła go polska firma Green Establishment.

 

sukienko – tunika Green Establishment (via saltandpepper), baleriny Michael Kors, torebka Batycki
Tunika ma własną klimę, czyli wentylację na plecach, co przy obecnej temperaturze czyni ją niezastąpioną.
Oczywiście lepiej wygląda na osobach, które nie mają skoliozy. Ale szczerze – kto nie ma? Zresztą lepiej już mieć skoliozę niż popsute zęby. Piszę z doświadczenia.