Nikt nie jest doskonały

Jednym z głównych powodów, dla których nigdy nie wstrzyknę sobie botoksu jest ten, że za bardzo lubię się śmiać. Uwielbiam, kiedy ze śmiechu boli mnie brzuch, a łzy ciekną po policzkach. W codziennym życiu, same wiecie, różnie bywa. Więc trzeba się jakoś wspomagać. Kino od pewnego czasu nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Jako osoba o wybitnie prymitywnym guście najbardziej lubię komedie, w których odbywa się bitwa na torty, albo ktoś zakłada kokardę na łeb i już jest kompletnie nie do poznania, więc wszyscy biorą go za za kogoś zupełnie innego i wtedy się zaczyna. Nie przeszkadza mi także, jeśli wszyscy nagle zaczynają śpiewać i tańczyć synchronicznie, chociaż widzą się pierwszy raz w życiu i nie jest to flash mob. Niestety od dłuższego czasu już takich nie robią.

Więc przerzuciłam się na farsy teatralne. Z reguły zawierają moje ulubione elementy, no może z wyjątkiem tańców i śpiewów, ale to nawet lepiej. W końcu większość występujących na scenie aktorów zdążyło już zatańczyć z gwiazdami i zaśpiewać z onymi i jest to wspomnienie, które niekoniecznie mam ochotę odświeżyć.

Moim pewniakiem był dotąd warszawski teatr Komedia. Za każdym razem wychodziłam zapłakana ze śmiechu, z makijażem spływającym na brodę. Postanowiłam więc zamknąć kończący się sezon jakimś miłym akcentem i zaopatrzona w dwie paczki chusteczek higienicznych wybrałam się na nową sztukę pt. „Nikt nie jest doskonały”.

No cóż…jakby to powiedzieć… Niewiele znam doświadczeń równie przygnębiających jak nieśmieszna farsa. Zwłaszcza, że tak się nastawiałam. Było to przeżycie równie żenujące jak słuchanie ścieżki dialogowej „Imperium kontratakuje” w kiepskim tłumaczeniu (puszczali niedawno w TV, uszy więdły). Miotanie się po scenie, skakanie po kanapie i chaotyczne wrzaski to ciut za mało, żeby rozbawić widza. Suspensu nie było, ale też go nie oczekiwałam. Tytuł, nawiązujący do „Pół żartem pół serio” sugeruje dość czytelnie, że kluczowym gagiem będzie przebieranka.  Jednak kompletnie nie byłam w stanie zrozumieć dylematów głównego bohatera, który udaje własną ciotkę i za nic nie chce się przyznać, że on to on, chociaż wszyscy już o tym doskonale wiedzą. Stawka, jaką jest wydanie książki pod damskim pseudonimem nie wydaje mi się warta takiego poświęcenia, zwłaszcza, że szefowa wydawnictwa mniej więcej od połowy sztuki jest gotowa odpuścić. Rozczarowanie było tym większe, że grający parę głównych bohaterów Edyta Olszówka i Jan Jankowski nie pierwszy raz występują razem i zwykle dawało się odczuć między nimi pozytywne wibracje.  W każdym razie dotąd.

Wygłupy pana w wieku średnim plus, grającego wyluzowanego ojca i natrętnie zmuszającego widzów do oklasków sprawiły, że  miałam ochotę wczołgać się pod fotel.

W filmie Billy’ego Wildera przebieranka staje się okazją do przekroczenia granic płci, również pod względem mentalnym. Nadmiernie, moim zdaniem, optymistyczne streszczenie fabuły opublikowane na stronie teatru, także coś takiego zapowiadało. Niestety zupełnie nie wypaliło, a tłumaczenie, że „nikt nie jest doskonały” dla mnie osobiście jest niewystarczające, a przynajmniej nie powinno dotyczyć reżysera.

Jedynym miłym dla oka akcentem była odchudzona Edyta Olszówka w przepięknej rudej sukni z lejącego materiału i zgniłozielonych zamszowych kozaczkach. Ale przebrała się dopiero w drugim akcie, więc pierwszy uważam za całkowicie zmarnowany.

„Nikt nie jest doskonały” Simona Williamsa; tłumaczenie: Elżbieta Woźniak; scenografia: Wojciech Stefaniak; kostiumy: Dorota Roqueplo; reżyseria: Grzegorz Chrapkiewicz; występują: Marta Dąbrowska, Edyta Olszówka, Wojciech Duryasz, Jan Jankowski; premiera polska: 8 stycznia 2012.