Hip your life!

Taaaa, mniej więcej orientuję się, że ten tytuł nie ma sensu. Ubiodrz swoje życie…? No jasne, trzeba korzystać zanim nam powszczepiają endoprotezy, a ten moment nieuchronnie się zbliża. OK, wiec załóżmy, że o to chodzi.

Od kilku miesięcy towarzyszy mi męczące uczucie, że marnuję życie. Z lektury blogów lajfstajlowych wynika dobitnie, że egzystuję nawet nie na obrzeżach mejnstrimu, ale w ogóle poza nim. Postanowiłam więc to zmienić  w trybie natychmiastowym.
Wiecie, o co kaman – eksponowanie gadżetów z wizerunkiem jabłka, śniadania na mieście, przechadzki w środku dnia  Traktem Królewskim, względnie alejkami galerii handlowej  (nie żeby prawdziwej galerii, bo tam to zawsze czai się niebezpieczeństwo w postaci produktów artystycznych, więc lepiej nie), celebrowanie kawy w Starbuniu lub Kofihewen, pierdolnięcie ipadem o stół, że kurwa, wifi się rwie w lokalu, zróbcie coś z tym do cholery!, pejdż na fejsbuku, prowadzenie bloga oraz znajomość biografii osób o imionach Jeff i Abed – kuuul, kul-kul-kul.

Postanowiłam więc dopisać  się  do mejnstrimu, zwłaszcza, że  prowadzanie bloga oraz pejdż na fejsbuku (dzięki Danka!)  w końcu do czegoś zobowiązuje.

Otóż, jak się okazuje, życie hipsterki nie jest wcale usłane różami.  To na pewno moja wina, bo nie zdecydowałam się mimo wszystko na zakup spodni z krokiem w okolicach kolan oraz połamania moich ukochanych okularów Armaniego po to, by skleić je plastrem opatrunkowym i zadać szyku w Złotych Tarasach.

Jednakowoż spieszę donieść, że codzienność hipsterki w średnim wieku, mimo ekspozycji  gadżetów z logo Apple’a to orka na ugorze. Zwłaszcza kiedy zaczyna się od podstaw.

Początek nie był taki zły. Po jodze (nie mam pewności czy to kul, czy nie kul, ale zasadniczo mi to zwisa) zapodałam śniadanie na mieście w towarzystwie fanów fejsbuka, którzy na bieżąco informowali znajomych, że aktualnie spożywają jajka w szklance, które są takie sobie (faktycznie były). Następnie, po fizykoterapii barku – hipsterki w młodszym wieku mogą ten etap pominąć –  podjęłam kolejne wyzwanie, którym była kawa w Kofihewen w rzeczonych Złotych.

Jezusiemaryjo, skąd wzięli się tam ci wszyscy ludzie o wpół do trzeciej po południu??? Jak my mamy u Bogaojca, zapracować na produkt narodowy brutto godny zielonej wyspy i Donaldu Tusku, who had a dream, skoro wszyscy w Złotych siedzo i to w godzinach jak najbardziej służbowych???

I tu zaczęły się schody. Otóż okazuje się, że nowe sztuczki w rodzaju wybrania i zamówienia kawy nie są kompatybilne z wyszkolonym na Lalce oraz Nad Niemnem umysłem 40-tki. Zaczajona w najbardziej ukrytym kącie podsłuchiwałam kolejne nastolatki, podbiegające do kasy i rzucające szybko obcojęzyczne zamówienia:
mint, frappe, white choco,  oraz nieco starsze, które rozbudowywały wypowiedź do stopnia: capu bez kofeiny na soi. Naprawdę uważam, że  powinny istnieć jakieś kursy weekendowe w dziedzinie składania zamówień w Kofihewen. Może w ramach uniwersytetu trzeciego wieku ?

Szczerze próbowałam wczytać się w tablicę nad ladą, gdzie niby były wyszczególnione rodzaje napojów, wmawiając sobie, że to tylko taki bardziej zaawansowany McDonald, zmieniłam nawet okulary, bo mi się wzrok słabo akomodował, ale  menu nichuja mi się nie zgadzało się z podsłuchanymi zamówieniami. Widać istnieją liczne wariacje, dostępne tylko wtajemniczonym. Najwyraźniej młodsze pokolenie ma jakoś genetycznie zaprogramowaną umiejętność zamawiania kawy, przypuszczam jednak  że nie została ona wyssana z mlekiem (odtłuszczonym sojowym) matki, gdyż ja swojego hodowałam na Bebilonie 1, a tyż umi.

W ostatecznej rozpaczy postanowiłam dokonać kamingałtu, poszłam do kasy i uczyniłam konfeszyn, że jestem tu po raz pierwszy i chciałabym zamówić coś zimnego, słodkiego i z  bitą śmietaną. Metroseksualny kasjer z profesjonalną wprawą ukrył szok  (ukłony dla szkoleniowca!)  i polecił mrożoną rapsbery z wajt czokolejt, chociaż bez krim. Wzięłam. I tak nie miałam czasu dłużej  czekać, bo za pół godziny miałam mammografię w pobliskiej przychodni.