Mała czarna część 1

Przyznam, że jestem fanką basic wardrobes, capsule wardrobes i w ogóle wszelkich porad dotyczących tego, co powinnam mieć w swojej szafie, żeby niewielkim nakładem kosztów wystroić się jak szczur na otwarcie kanału. Wprawdzie nie pomnę, by kiedykolwiek wyszło mi zastosowanie się do nich, ale to nie znaczy, że rady są złe. Rady są wypas, tylko ja widać nie dorosłam. W związku z tym od dwudziestu lat wyglądam jak coś, co lada chwila się wypierzy, ale z nieznanych powodów zatrzymało się w pół drogi.

Jednym słowem stylistka ze mnie jak z koziej dupy trąba, a to co tutaj prezentuję to nie żadne tam „stylizacje” tylko zwyczajne ubrania.
Orientuję się, że w obecnych czasach przyznanie się do tego to taki sam wstyd jak  zarabianie średniej krajowej, grzybica lub jedzenie parówek. Zwłaszcza, że metrykalna 40-tka niejako z definicji implikuje raczej stosowanie się do wskazówek Trinny i Susanny niz Chochoła z „Wesela”. Wyzwanie polega na tym, żeby się nie postarzyć niepotrzebnie, a z drugiej strony nie-wdzidziopierniczyć i w sumie nie wiadomo, co gorsze.

Jak to zrobić? Ano niezłym sposobem wydaje się znana wszystkim iluzjonistom metoda na odwrócenie uwagi. Czyli z boku wnoszą jakieś skrzynie, absorbując publikę, a międzyczasie czarodziej chyłkiemchyłkiem i już ma nogę z powrotem przyspawaną, chociaż dopiero co oddzielnie leżała. Decyzję, co odegra rolę zmyłkowej skrzyni, każdy musi podjąć we własnym sumieniu. Zależy, czym się dysponuje. Ja na przykład dysponuję wspomnianą nogą. I drugą do kompletu. Dostałam je po kądzieli. Niestety rodzinne nogi troszkę się kundlą z pokolenia na pokolenie. Moja mama ma zdecydowanie lepsze niż ja, a babcia dysponowała epickimi nogami do ostatnich dni życia, bez najmniejszego wysiłku ze swojej strony.  Z nogami jest ten problem, że trzeba pilnie uważać na kolana, celem złapania momentu, kiedy zaczynają lecieć. Mi już lecą, ale na razie głównie na płaskim obcasie. Na wysokim lecą mniej, za to leci kręgosłup. Starość nie radość. Ciągle trzeba podejmować jakieś kluczowe decyzje.

Jak już wspomniałam, stylistka ze mnie żadna, za to opanowałam do perfekcji ubieranie się według manekina. Większość sklepów internetowych, z których z reguły korzystam, gdyż po osobistej wizycie z galerii handlowej dostaję ciężkiej nerwicy, łysienia plackowatego oraz łokcia tenisisty, prezentuje oferowane ciuchy na manekinach lub na żywych modelkach, które wyglądają tak idealnie, że w sumie też jak manekiny. Potem sprawa jest już w zasadzie prosta i zależy wyłącznie od przyznanego nam przez bank debetu.

Jeśli chodzi o tytułową małą czarną to jest ona właśnie tym elementem porad szafowych, który szczerze wzięłam sobie do serca. Małe czarne miałam dotąd w wydaniu koktajlowym, elastycznym dziennym (znaczy jakby się dzień przedłużył i przeszedł na ten przykład w bankiet) oraz pracowym. Brakowało mi wersji casualowej. I ją właśnie zanabyłam w drodze kupna miesiąc temu na outnecie. A że na manekinie była pożeniona z lnianym żakiecikiem tej samej firmy, kupiłam go także, gdyż lubię skompletowane rzeczy.
Casualowa mała czarna okazała się bardzo wszechstronnym nabytkiem. W połączeniu z klapkami budzi emocje wakacyjne (oraz refleksje na temat przemijania kolan),  zaś skojarzona z marynarką i butami na wysokim obcasie, może udawać strój formalny. Nie do końca oczywiście, gdyż sukieneczka jest dość kusa, więc nie wiem, czy łapie się do business casual (tam jest, zdaje się, jakaś schiza na punkcie kolan, jak w buddyjskiej świątyni). W każdym razie uważam, że marynarka dodaje profesjonalizmu, szczególnie w połączeniu z kubkiem termicznym. Zwłaszcza w połączeniu z kubkiem termicznym.
Poniżej wersja wakacyjna oraz formalna oparta na tej samej bazie i nie wymagająca nerwowego przebierania się w kiblu.


sukienka Vanessa Bruno Athe, klapki Hollister, torebka Chloe

 


sukienka i marynarka Vanessa Bruno Athe, buty Bronx, torebka Chloe, kubek – prezent od dziecka z wycieczki do Disneylandu