35 lat temu w odległej galaktyce

Trudno, żeby w blogu o takim tytule zabrakło wzmianki o tej jakże istotnej dacie. Równo 35 lat temu, 25 maja 1977 roku odbyła się premiera pierwszej (według chronologii fabuły – czwartej) części Gwiezdnych Wojen. Przy okazji – prosty sposób na odróżnienie fana od ignoranta. Wystarczy zapytać, jaki tytuł nosi ta część. Przeprowadziłam odnośne badania w terenie. 8 osób na 10 odpowiedziało zdumione: jak to? Gwiezdne wojny.

Otóż nie. Pierwsza nakręcona część nosi tytuł „Nowa nadzieja”. Warto to wiedzieć, na wypadek, gdybyśmy  odczuli nagła potrzebę zaimponowania grupie nerdów lub wkupienia się w ich towarzystwo (inny pomocny cytat, jednakże pochodzący z innego źródła: „Cześć. I dzięki za ryby” – być może kiedyś rozwinę).

Nie oglądałam „Nowej nadziei” w kinie. Jak wspomniałam w autobiograficznych wynurzeniach, zaczęłam od „Powrotu Jedi”. Wcześniejszych wydarzeń  musiałam się domyślać, bazując na zeznaniach naocznych świadków oraz foto-story z niemieckiego Bravo, które koleżanka z klasy otrzymywała od siostry z Erefenu.

Stopniowo, zgłębiając historię sagi, dowiedziałam się, że premiera pierwszej nakręconej części nie powaliła krytyków na kolana. Nazywano ją westernem w kosmosie, a parę robotów  R2D2 i C3PO  – Flipem i Flapem. Publiczność nie podzieliła jednak opinii recenzentów, waląc do kin drzwiami i oknami. Skończyło się na kilku Oscarach, jednak w tych mniej prestiżowych kategoriach. To jedna z wielu okoliczności, kiedy krytycy filmowi dali ciała. Na własne uszy słyszałam przed laty opinię na temat „Dirty Dancing” – film o dziewczynie, która nie umiała tańczyć, a potem się nauczyła. Tak powiedzieć o Dirty Dancing – wyobrażacie sobie?!

Szczerze mówiąc nigdy nie rozumiałam osób, które do Gwiezdnych Wojen mają stosunek obojętny. Moim zdaniem nie ma tam nic, czym można by się nie zachwycić. Nawet mocno dyskusyjna fryzura księżniczki Lei doczekała się grona fetyszystów – pamiętacie Rossa i Rachel? Mnie osobiście kosmiczna saga kilkakrotnie uchroniła od zawału serca. W sytuacjach skrajnie stresujących, jak na przykład turbulencje w samolocie, kiedy nawet moje cudowne proszki uspokajające wymiękają, mąż ma zwyczaj zadawać mi konkretne pytania w rodzaju : ile parseków osiągał Sokół Milenium? albo komu mógł rwać uszy Luke? Na półce, w sąsiedztwie Biblii i Jesieni średniowiecza trzymamy opasły tom „Obsessed with Star Wars”, którego znajomość bardzo się przydaje na okoliczność turbulencji.

We współczesnej popkulturze ciężko znaleźć twór, który w mniej lub bardziej zaowalowany sposób  nie nawiązywałby do klasycznej trylogii. Oprócz wspomnianych „Przyjaciół” na liście znajdują się m.in: The Office, How I Met Your Mother, Community oraz The Big Bang Theory, który jest wręcz kalką. Oddany ideologii lekko autystyczny Sheldon jako Luke, jego najlepszy przyjaciel,, znacznie bardziej życiowy miejscami nawet cwaniacki Leonard jako Han Solo. Uwikłana w aseksualne przyjacielsko – siostrzane relacje w Sheldonem oraz jak najbardziej seksualne – z Leonardem Penny jako księżniczka Leia oraz Raj i Howard w roli robotów, komentujących sprawy na bieżąco . Została zachowana nawet zasada, że przekaźnikiem Raja jest Howard, dokładnie tak jak miało to miejsce w relacjach A2D2 z C3PO.

Ja osobiście jestem zwolenniczką wyższości pierwotnej trylogii nad tą późniejszą. Uważam, że została przytłumiona efektami specjalnymi i gdzieś się zagubił duch wcześniej nakręconych części. Pomijając już oczywisty defekt, jakim jest brak Hana Solo, no ale to rzecz nie do przeskoczenia.

Resumując : niech moc będzie z Wami. Zawsze.